
Jest ślicznie, czyściutko i śnieżnobiało. Diabli rano, jeszcze w piżamie, odśnieża auto i przejeżdża szuflą kilka metrów. Ja spaceruję z Mieszkiem w wymoszczonych ocieplaczem sankach i odkrywam jaki to wspaniały wynalazek. Wózkiem bym 5 metrów nie przejechała! W kominku hajcują się resztki naszej choinki, chce mi się piec ciasta i czytać dzieciom książeczki.
W takich właśnie pięknych i idyllicznych warunkach przyrody pierdyknęła lodówka. Była chimeryczna i braliśmy pod uwagę. Baa, chciałam by dotrwała do naszej rocznicy i dotrwała. Ale tym niemniej jest to kolejny nóż w plecy 😉 Od jakiegoś czasu lubiła się sama rozmrozić. Ostatni raz było to 25 grudnia co pamiętam dokładnie bo akurat przyjechaliśmy autem pełnym świątecznych wiktuałów, a ja zamiast układać klocki z dziećmi siedziałam ze szmatą przy lodówce. Potem zaczęła jakoś super mocno chłodzić i nawet dżemy wyciągałam zamrożone (pokrętło od lat w tym samym miejscu). No a wczoraj jak zasiedliśmy do wieczornego oglądania przygód Neala Caffreya i zamarzyły nam się lody, okazało się, że w zamrażarce jest jezioro.
I tu dochodzimy do kolejnej zalety pięknej i mroźnej zimy. To co było jeszcze zamrożone wywaliłam w miednicy na dwór, a w nieogrzewanej łazience przy drzwiach zrobiliśmy chłodnię. (Diabli tylko narzeka, że w naszej nowej lodówce nie zapala się automatycznie światło 🙂 Na forum elektroda zdiagnozowano naszą usterkę jako awarię agregatu, czyli koszt naprawy jest nieopłacalny. Na wszelki wypadek rozmroziłam ja do końca, umyłam i odkurzyłam kratki z tyłu. Wszystko na nic. Lodówka przestała mrozić i chłodzić. Teraz więc zimo trwaj, bo Cię potrzebujemy! :))
