Z początkiem listopada, w okresie kiedy w sklepach nie bywałam, Diabli wparował z zakupów z hasłem:
- Zaczął się sezon na mandarynki! W sklepie cały rząd zajęły pomarańczowe owoce!… Jest coś energetycznego w tym kolorze!
I jakoś wtedy zaczęło mi chodzić po głowie ciasto pomarańczowe... Ale sprężyłam się dopiero dziś i elegancie pomarańczowe muffiny zaniosłam do dziadków Samurajów 🙂 Przepis wzięłam stąd, a krem stąd. Krem nie do końca się ściął i za mało w nim było masła, ale po prostu był za ciepły. Był już czas wychodzenia, a on ciągle był gorący Pomarańczowe kwiatki miały symbolizować kwiat pomarańczy 🙂

<><>
Wizyta była krótsza niż zwykle bo dziewczyny gnały na kolejną imprezę… Bal maskowy! 🙂

Miś i kot 🙂

Impreza miała być do 22, ale jak wpół do dziewiątej przyłapałam Lilkę (na dolnym foto z przypinką, którą miała przy spódnicy) jak się zaszyła ze znalezioną w poczekalni książeczką do kolorowania, pomyślałam, że czas do domu. I tak sobota była baaardzo pełna wrażeń!

