dorośli vs dzieci po godzinach

Miałam (-śmy mieli) na Sylwestra kontakt z kolejną metodą wychowawczą. Dokąd i na ile w nasze życie wpuścić dzieci? Czasy takie, że one są wszędzie. Zabiera się do knajpy i na wakacje, a jak przychodzą goście to sukcesem jest jeśli rozmowa odbiegnie od szkoły czy przedszkola albo oglądania rysunków. I zrozumiałe to przy imprezach rodzinnych czy grillach, ale w wersji wieczornej mi się nie podoba. Ja jako dziecko, gdy przychodzili do rodziców goście siedziałam z bratem w naszym pokoju. Dorośli mieli swoje tematy, dobiegały do nas śmiechy i głosy, ale jak mieliśmy sprawę, to rodziców wołaliśmy DO NAS, a nie ładowaliśmy się tam. Wiem, że wielka zasada wychowawcza głosi, że jeżeli spróbujemy wychowywać dzieci tak jak sami byliśmy wychowywani poniesiemy porażkę, ale czuję, że szlaban pomiędzy naszymi światami musi być. 

Dorośli mają swoje tematy. Mają świńskie dowcipy, gadanie o oszczędzaniu, rozmawianie o innych, mają alkohol na stole i e-papierosy. Więc ganiam. Jeśli dziewuchy schodzą na dół, to wyganiam na górę, zanim zejdą po schodach. I nie podoba mi się, jeśli w takiej sytuacji, po godzinie 20-stej, siedzi między dorosłymi ośmio czy dziewięciolatek. Pośrodku stołu, w centrum rozmów, grając na komórce i wtrącając się. Na ogół zresztą nie na temat. Temat jeszcze powałkuję w paru miejscach, ale nie sądzę bym zmieniła zdanie. Ze swojej strony mogę im zaproponować lustrzaną relację. Jeśli będą do nich przychodzili znajomi nie będę siedziała z nimi w pokoju czy przed telewizorem.

<><>

Dzwoni telefon. Godzina nietypowa, lecz odbieram:

  • Słucham?
  • Haneczka??
  • Nie… To pomyłka…
  • A to nie Podleśna 12 przez 34?
  • Nie.
  • O Boże, przepraszam!
  • Nic się nie stało.
  • Szczęśliwego Nowego Roku! Do widzenia!
  • Szczęśliwego… :))