Wygląda na to, że się udało. Przed nami jeszcze może jedno karmienie na śpiocha, jutro albo pojutrze, ale to tylko ze względu na mnie gdyby zimne prysznice i herbatki z szałwi okazały się nie wystarczające. Oj, szkoda mi tego bardzo! Ale pomijając polecenie pediatry na styczniowym bilansie sama zauważałam już zmiany we mnie. Biust, dekolt i brzuch to były strefy Młodego. Jeśli Diabli próbował mnie w któreś z tych miejsc dotknąć to fukałam, że tu nie ruszał. Te małe łapki mnie tuliły, przyciągały i głaskały w taki sposób, że nie chciałam inaczej. Mało tego, tak długo gdy karmiłam nie było problemów z zasypianiem. Mieszko przywierał do mnie i tak trwał. Drzemał, ale musiałam być blisko. Teraz wtrąbia butlę i zaczyna się cudowanie. Siada na łóżku, awanturuje się i chce wychodzić z pokoju.
Jak się udało? Zaraz opowiem, ale najpierw tradycyjnie przypomnę, że każde dziecko jest inne i nasza metoda może, ale nie musi pomóc w odstawianiu. Są matki, które niemalże od pstryknięcia odstawiają, są takie co angażują mężów i po prostu znikają z domu na czas karmienia i są takie, którym się kończy pokarm. Są dzieci, które same rezygnują, ale znam też takie co do 4-go roku życia nie widziały takiej potrzeby. W moim odstawianiu najważniejsze było było by Młody przechodził do kolejnego poziomu sam. Chociaż oczywiście nie wiem czy była najłatwiejsza dla niego metoda.
- Odstawanie zaczęło się już na wakacjach. Miecho zaczął zasypiać na spacerze w wózku i po prostu wycięłam z grafika podjadanie przed popołudniową drzemką. Chciałam zlikwidować jedzenie w dzień bo miałam dosyć wyciągniętych laktacyjnych staników. Chciałam nakładać letnie bluzki spod których wystają cienkie ramiączka.
Punkt krytyczny był gdy w sierpniu byłam na wakacjach ze znajomą, która jeszcze karmiła w dzień (zresztą zaraz we wrześniu przestała całkowicie) i Mieszko z taką straszną zazdrością na to patrzył. A wieczorem po prostu się na mnie rzucał.
- W tym stanie: jedzenie wieczorem, w nocy i na dzień dobry tkwiliśmy dość długo. By zlikwidować jedzenie w nocy brałam go na ręce i kładliśmy się w pozycji pół siedzącej w jego pokoju. W międzyczasie do kompletu atrakcji doszła moja noga i wszystko się przesunęło. Nie mogłam go nosić i lulać, więc odstawianie przesunęło się do momentu gdy znowu będę sprawna.
- W połowie grudnia zaczęłam likwidować jedzenie rano. Wstawałam wcześniej niż on i szłam robić Łucji śniadaniówkę. Zostało jedzenie na noc i jedzenie w nocy.
- Przełom był koło 8-go stycznia gdy zaczęłam stosować mleko w proszku. Razem z kaszką manną wyjątkowo mu posmakowało. By podtrzymać „ekskluzywność” napoju dostaje go tylko w nocy i na dobranoc. Tyle, że na dobranoc do niedawna PO butli byłam jeszcze ja 🙂
Lila budziła się w nocy do 3-go roku życia. Brałam ją na ręce o tej 2-giej czy 3-ciej, szłyśmy do kuchni, tam włączałam wodę, zalewałam mleko, studziłam i odnosiłam ją do łóżka gdzie je piła. Trwało to z pół godziny… Przemknęło mi wtedy przez głowę, że przydał by się podgrzewacz, ale nie racjonalne wydawało mi się go kupowanie. I nie racjonalne wydaje mi się i teraz. Nowy sprytniejszy patent to termos z gorącą wodą w sypialni i butelka z nasypanym, odmierzonym mlekiem. Młody przychodzi, ja zalewam i podaję. Jemu akurat w okolicy 4-tej. Woda ma zresztą wtedy temperaturę idealną.
- Od siedmiu dni Mieszka nie karmię już również na noc. Jest tylko butla i basta! Skracałam czas karmienia, potem wprowadziłam, że jemy tylko z jednej strony i udało się. Kładę się z innej strony niż na ogół, z głową na wysokości jego głowy, wtrąbia butlę i obracam go tyłem do mnie 🙂 Nie szuka (na ogół) i nie upomina się.
Kryzys miałam jedynie 3-go dnia. Cyce jak balony i tak kombinowałam, że jak zaśnie to mu się na sekundę tak podłożę… Ale tak mi się zatęskniło za tymi małymi łapkami, że jak zasypiał to pomyślałam: A co mi tam. Ostatni raz! I znowu mnie głaskał i przywierał 😦













