-Nie pamiętam gdzie to wyczytałam, ale z pewnością było tam jeszcze zdanie, że tą frazę należy zapisać dużymi literami i powiesić nad drzwiami pokoju dziecinnego i przykleić na okładkę segregatora z rachunkami.
Jedną z bohaterek Gotowych na Wszystko, z którą absolutnie się nie utożsamiam to Susan. Typ kobiety bezradnej, której na dodatek ciągle się coś przydarza. Jest stale zakochana, tyle, że w obiekt czasem się zmienia, wysyła niespójne sygnały do płci obu, przez co stale ładuje się w kolejne kłopoty, podejmuje złe decyzje zawodowe, a największą podporą jest jej dorastająca córka, która ją regularnie pociesza, bierze udział w maminych intrygach i zbiera potem do kupy. Lecz w IV bodajże sezonie robi coś niezwykłego… Ma małego synka i chce go zapisać do elitarnej szkoły, na którą ją nie stać. Ale wyczytuje w ulotce, że pracownicy tej instytucji mają 50% zniżki dla swoich dzieci. Idzie więc do dyrektora i zaczyna mu mówić, jakim niezwykłym chłopcem jest Mike i że powinien być przyjęty na specjalnych warunkach. Jak to nie działa to proponuje, że chce pracować w tej szkole. Że nieważne, że ma za wysokie kwalifikacje, bo może być kimkolwiek. Woźną, asystentką, czy panią od ksero. Jak i to nie pomaga wyznaje, że Mike tak naprawdę nie jest super zdolny, że wymaga dużo uwagi i że w społecznej wieloosobowej klasie, po prostu się zgubi oraz dodaje, że NIE wyjdzie z gabinetu dopóki nie dostanie pracy… Wow…
Nigdy o nic tak nie zabiegałam. Nigdy o nic nikogo nie musiałam tak prosić. A parę razy powinnam była. Dziś ruszam na nowo z szukaniem pracy. Coś tam w ubiegłym roku się działo, pewne projekty są zamknięte, więc czas znaleźć nową robotę. Dzieci są bogactwem, ale samym przytulaniem nie spełnimy ich marzeń! 🙂

















