Ten kto posiada dziecko, jest bogaty.

-Nie pamiętam gdzie to wyczytałam, ale z pewnością było tam jeszcze zdanie, że tą frazę należy zapisać dużymi literami i powiesić nad drzwiami pokoju dziecinnego i przykleić na okładkę segregatora z rachunkami.

Jedną z bohaterek Gotowych na Wszystko, z którą absolutnie się nie utożsamiam to Susan. Typ kobiety bezradnej, której na dodatek ciągle się coś przydarza. Jest stale zakochana, tyle, że w obiekt czasem się zmienia, wysyła niespójne sygnały do płci obu, przez co stale ładuje się w kolejne kłopoty, podejmuje złe decyzje zawodowe, a największą podporą jest jej dorastająca córka, która ją regularnie pociesza, bierze udział w maminych intrygach i zbiera potem do kupy. Lecz w IV bodajże sezonie robi coś niezwykłego… Ma małego synka i chce go zapisać do elitarnej szkoły, na którą ją nie stać. Ale wyczytuje w ulotce, że pracownicy tej instytucji mają 50% zniżki dla swoich dzieci. Idzie więc do dyrektora i zaczyna mu mówić, jakim niezwykłym chłopcem jest Mike i że powinien być przyjęty na specjalnych warunkach. Jak to nie działa to proponuje, że chce pracować w tej szkole. Że nieważne, że ma za wysokie kwalifikacje, bo może być kimkolwiek. Woźną, asystentką, czy panią od ksero. Jak i to nie pomaga wyznaje, że Mike tak naprawdę nie jest super zdolny, że wymaga dużo uwagi i że w społecznej wieloosobowej klasie, po prostu się zgubi oraz dodaje, że NIE wyjdzie z gabinetu dopóki nie dostanie pracy… Wow…

Nigdy o nic tak nie zabiegałam. Nigdy o nic nikogo nie musiałam tak prosić. A parę razy powinnam była. Dziś ruszam na nowo z szukaniem pracy. Coś tam w ubiegłym roku się działo, pewne projekty są zamknięte, więc czas znaleźć nową robotę. Dzieci są bogactwem, ale samym przytulaniem nie spełnimy ich marzeń! 🙂

MX Cross

W ramach niedzielnego spaceru wybraliśmy się na moto-cross. Przelatujące nad górami ziemi, piaski, gliny i betonu motory, przewrócone pnie drzew, trochę błota, dużo pyłu i jeszcze więcej moto-warkotu…

Dziewuchy jak to dziewuchy trochę marudziły. Na szczęście dla dzieci znalazł się namiot z malowaniem buź i moto-kolorowankami 😉

A jak im się to znudziło, to akurat zaczęła się ZUMBA dla dzieci!

Zresztą gdy się skończyła, był jeszcze inne taneczne możliwości 🙂

Pierwszy raz byłam na takiej imprezie i podobało mi się. Gdy zaczęliśmy się zbierać akurat rozpoczęły się najlepsze wyścigi, ale za rok będziemy mądrzejsi i po prostu przyjdziemy na II połowę dnia!

A ja rosnę i rosnę! Latem, zimą, na wiosnę…

Minął pierwszy tydzień szkoły. Jakoś to się toczy, chociaż na razie logistyka z tymi dziećmi jest wyczerpująca i z niczym się nie wyrabiam. Atrakcją dodatkową mijających dni były poszukiwania butów dla Łucji. Kupiłam jeszcze w czerwcu, na zapas i oczywiście są za małe. I jak na złość rozmiaru dla niej nie ma. Bo nawet jak się zdarzał, to był za szeroki i jej wąska stópka latała… Podczas zakupowego biegu (bo w sandałkach podeszwa pękła na pół) pojawił się jeszcze niezaplanowany samochodowy koszt, który mnie strasznie rozżalił.

Buty jednak już są, podręczniki kupione (dla Lilki zresztą też) i wieszak w szatni podpisany. Szkołę Łucja zaakceptowała, choć cały czas zazdrości Lili przedszkola, zabawy i podwieczorków. Panie nauczycielki i kucharka się martwią, że Łucza nic nie je. I jak ją poprosiły by sobie coś nałożyła, wzięła na talerzyk TRZY plasterki ogórka i się nad nimi popłakała. Rozpracowujemy więc system II śniadań, ale o tym kiedy indziej. Najbardziej podoba się jej religia. Zastanawialiśmy się czy zapisywać, ale rok temu było dużo śpiewania, kolęd i innych pieśni, a jakby nie było każde zajęcia z muzyką są potrzebne.

Lilka przechodzi natomiast przedszkole doskonale. Lutka się śmieje, że tak jak poprzedni rok cały przespała na leżakowaniu, tak w tym roku będzie jadła. Bo dzień w dzień wysłuchuję opowieści o takim jaki był pyszny obiad. I może się też okazać, że ta rozłąka ze starszą siostrą wyjdzie jej na dobre. Dorośleje jak jest sama. Jak ją odbieram pierwszą to mi opowiada co robiła. Przy Łucji to się nie zdarzało, bo tamta cały czas gadała. Ach, no i wczoraj było w przedszkolu zebranie. Tradycyjnie wysłany był na nie Diabli, który powiedział, że na wszystkich zebraniach mówi się o tym samym… i on nie wie czy da radę z Mieszkiem, po raz 3-ci to przechodzić 😉

Whats in My Bag?

Jest na Flickerze grupa, której uczestniczki wklejają zdjęcia wnętrz (a raczej składników) własnych torebek. Czego tam nie ma! Na ponad 12 tysiącach fotografii są i tablety, i jabłka, i pluszaki, i książki, i listy, i kapelusiki… Właściwie to rzec można, że kobieca torebka jest całkowicie nieprzewidywalna. Niektóre są utrzymane w jakichś kolekcjach, czy kolorystyce, a inne są chaotyczną zbieraniną różnych przedmiotów.

Na tym tle moja torebka jest raczej standardowa. Zabrakło dwóch komórek, które akurat się ładują i aparatu Łucji, który czasem w niej podróżuje. I mam też ochotę zrobić jej zdjęcie za parę lat 😉 Tak dla porównania, jaki będzie skład wtedy!

A więc przede wszystkim moja torebka jest duża. Mieści:

  • pieluchy (jedną, lub dwie),
  • dużą stertę papierków (po cukierkach, dowodów wpłaty – np. za obiady w przedszkolu), wyciągi i karteczki od lekarza przypominające o terminie kolejnej wizyty,
  • są dwa błyszczyki, których nigdy nie mogę znaleźć, krem do rąk, lakier do paznokci i „suche mydło”, którego na ogół używają dzieci.
  • czerwony portfel i czarne etui na dokumenty,
  • listy z wyprawką (ze szkoły i z przedszkola) – cały czas brakuje mi plasteliny i temperówek, ale wywiało ze sklepów artykuły szkolne do końca, więc pewnie doniosą za 2 tygodnie.
  • klucz do domu z breloczkiem z myszką (białą, albo jak się wybrudzi to wymieniam ją na szarą, a tę piorę),
  • dwa metalowe pudełka – po drażetkach z Cannes, gdzie trzymam monety i durex love box, gdzie trzymam banknoty (portfel jest bezgotówkowy),
  • długopis i ulotki promocyjne, które zawsze mam zamiar wykorzystać, ale nie zawsze się tak dzieje…
  • no i kluczyki do auta – być może pamiętacie, że był szydełkowy motylek, ale jak byłam na wakacjach z Krzychem, to mi go urwał (bo to on na ogół prowadził). Błazen Lego ma drugie znaczeniowo dno. To Jester z serii Kingdom, ale chodzi o to, że w kartach Tarota zawsze uważałam, że kartą identyfikującą się z mną jest Głupiec. A on często występuje właśnie w błazeńskiej czapce ;))

Mało samcza dieta

Za młodu zwykłam zakochiwać się w wysokich blondynach. Wielbiłam ich platonicznie latami… W nastoletnim dzienniczku zapisywałam każde spojrzenie i wałkowałam na dziesiątki sposobów przypadkowe wymiany zdań (przecież mógł się kogoś innego o to zapytać!!!) Na koniec cierpiałam i przeżywałam katusze gdy zakochiwali się w brunetkach. Mnie w tym czasie wielbili NIESTETY I WYŁĄCZNIE przystojni chłopcy, na ogół zresztą młodsi.

I oto 20 lat później zaczynam poznawać tamtych przystojnych blondynów. Znaczy się innych, ale oni wtedy wyglądali jak tamci. Cały czas są przystojni, ale tym razem mają jeden feler… Są WEGETARIANAMI ://

Wyobraźcie sobie dwóch mężczyzn. Identycznych. Albo o takiej rozmazanej sylwetce, bo liczy się to co przed nimi. Pierwszy gryzie ociekającą tłuszczem nogę jakiegoś zwierza, drugi je kaszę z warzywami… Hola, hola – zawoła każdy wegetarianin – My też gryziemy! Np. soczystą i pachnącą brzoskwinię. Fakt. Ale brzoskwinia jest miękka i słodka… Albo inny obrazek: jeden je michę flaków, albo wyławia ogórki kiszone, które kładzie na kanapkę ze smalcem. A drugi w tym czasie je chleb razowy z eko-twarożkiem. Posypany kiełkami.

Widzicie ich? Wegerianizm jest po prostu niemęski! 🙂

Pan Samochodzik

Kocha te autka miłością wielką. Jak jedzie samochodem to patrzy za okno i mówi Brum-brum. Cały czas. Jak ma na skarpetce to ciągle to pokazuje. Z domu nie wychodzi co najmniej bez dwóch żelaźniaków (pierwsze już zgubiliśmy), a bluzka, którą każe MI nakładać (moja bluzka) jest z samochodzikiem. Jest jak kwoka – trzyma je wokół siebie i nie pozwala się zbliżyć do nich. Plus jest zachłanny… Nie ma ilości, która by mu wystarczyła. 😀

Akcja I

Po kąpieli ciągnie mnie za rękę do łóżka. Kładziemy się, on się przytula i oznaką największej miłości (syna do matki) okazuje się być jeżdżenie samochodzikiem po MOIM dekolcie 🙂 Dwa w jednym. I mama, i autko.

Akcja II

W nocy marudzi. Leży z nami i marudzi. W końcu zasypiam. Budzę się jak widnieje i widzę, że go  nie ma. Budzę Diabla: Idź znajdź synka. Jest w bawialni. Śpi na podłodze. W kucki, z pupą do góry. Ręce wyciągnięte do przodu. W każdej samochodzik. :))

Zmieniłam się. Zawsze po tych schodach schodziłam w poskokach. A dziś schodzę powoli

– Łucja „dorosła”

Wystrojone na galowo (Lilka z rozpędu też, aby tak łapała bakcyla 1-go września) dziewczyny rozpoczęły dziś kolejny rok szkolno-przedszkolny. Łucja DOROSŁA. Upajała się tym jakie to wydarzenie czeka i przeżywała…

Lilka zresztą też. Będzie dużą część dnia SAMA – bez starszej siostry tuż za ścianą. Zablokowała się jak ją wprowadziłam taką rozśpiewaną do przedszkola. Zatrzymała się i powiedziała: Ja dziś chcę zostać jednak w domu. Ale wepchnęłam dalej. I dobrze się wszystko skończyło. Odebrałam ją zaraz po obiedzie i nakręcona opowiadała o koleżankach i ludziku z plasteliny, którego ulepiła i nazwała BĘCEK 🙂

Fotorela Łuczy. Bo dziś to jednak był jej dzień. Na części oficjalnej była z tatinem i jak to Diabli zrelacjonował trochę zdębiała razem z resztą przyszłych uczniów gdy usłyszała Do hymnu!

Wstępnie też już sobie wszystko poustawiałam. Dwa dni w tygodniu ma na II-gą zmianę, czyli od 14-stej do 18-stej (!!!). Ale pani już powiedziała, że można jak ktoś chce odbierać dzieci wcześniej. Czyli będę rano odwozić Lilkę (bo ona musi być na 9-tą), a potem Łucję (do świetlicy). I odbierać podobnie. Najpierw Lilkę, a potem razem będziemy jechać do szkoły. W dni porannej zmiany ma ją odwozić Diabli (bo to na 8-smą) i będę ją odbierać ze szkoły jaką pierwszą. Czyli na odwrót.

No a potem z dwiema listami wyprawek ruszyliśmy do sklepów. Oczywiście wszystkiego nie mamy, ale doniosę za tydzień. Bardzo jestem dumna z farbek akwarelowych. Chciałam by miała zestaw z 20, albo 30 kolorów, bo lubi malować, więc powinna mieć super komplet. I takie też kupiłam jej na Amazonie. Po prostu zestawy szkolne dostępne w naszych (moich okolicznych) sklepach miały max po 12 kolorów. Piórnika na razie nie kupuję, nowego plecaka też nie, bo podręczniki zostają w szkole. Coś co będzie przynosiła codziennie to dzienniczek, a na to wystarczy mały plecak z kucykiem.

Bałam się tego dnia, ale podoba mi się jak to się pokończyło. I takie już duże i mądre te nasze dzieci! 🙂

Gdzie kucharzy dwóch-bałaganu wbród!

Na pewno widzieliście ten bilbord… Jak tak na nich dwóch patrzę, to fizycznie zdecydowanie prowadzi Okrasa. Ma taką urodę muszkietera, w przeciwieństwie do Pascala, który ma wygląd psychopaty 😉 Przynajmniej na tym zdjęciu. Natomiast jeśli chodzi o przepisy to prowadzi kucharz znad Sekwany. Składniki pochodzą oczywiście z miejsc wielu, ale same przepisy już biorę stąd. W dzisiejszym daniu obiadowym zabrakło mi świeżej kolendry (więc dosypałam suchych kulek potłuczonych w moździerzu) i ponad programowo dodałam dwie łyżeczki cukru (bo zupełnie mi zginęła słodycz ananasa).

  • Czemu robisz obiad przed śniadaniem?
  • Bo to dla dziadka.
  • Którego?
  • Dziadka Jacka. On jest w szpitalu.
  • A co mu się stało?
  • Nic. Po prostu ma chore serce i czasem musi pójść do szpitala, żeby mu porobili badania.
  • I on do nas przyjedzie?
  • Nie. Ale tata do niego pojedzie. Szpital jest bardzo daleko i tata pojedzie sam z ciocią Moniką. Ale weźmie jedzenie od nas z domu.
  • A co to będzie?
  • O, to! Kurczak z Antyli.
  • Kurczak z Antyli?
  • Tak. Kurczak z Antyli, Łuczku.

Lekcy latający

O Natsumi Hayashi i jej lewitowaniu już było. Polowałam całe lato na „latających” i oto efekty 😉

Flying Santa na Wałeckim Biegu 🙂 Ci co biegają to wiedzą, że na każdym biegu trafia się jakiś freak. Para młoda, kominiarz, albo taki właśnie Mikołaj.

Latająca Łucza na dmuchańcu w Giżycku. Leciała dość wysoko, ale w złym miejscu stałam i słabo to było widać. Za to jej koleżankę złapałam jak się patrzy!