A ja rosnę i rosnę! Latem, zimą, na wiosnę…

Minął pierwszy tydzień szkoły. Jakoś to się toczy, chociaż na razie logistyka z tymi dziećmi jest wyczerpująca i z niczym się nie wyrabiam. Atrakcją dodatkową mijających dni były poszukiwania butów dla Łucji. Kupiłam jeszcze w czerwcu, na zapas i oczywiście są za małe. I jak na złość rozmiaru dla niej nie ma. Bo nawet jak się zdarzał, to był za szeroki i jej wąska stópka latała… Podczas zakupowego biegu (bo w sandałkach podeszwa pękła na pół) pojawił się jeszcze niezaplanowany samochodowy koszt, który mnie strasznie rozżalił.

Buty jednak już są, podręczniki kupione (dla Lilki zresztą też) i wieszak w szatni podpisany. Szkołę Łucja zaakceptowała, choć cały czas zazdrości Lili przedszkola, zabawy i podwieczorków. Panie nauczycielki i kucharka się martwią, że Łucza nic nie je. I jak ją poprosiły by sobie coś nałożyła, wzięła na talerzyk TRZY plasterki ogórka i się nad nimi popłakała. Rozpracowujemy więc system II śniadań, ale o tym kiedy indziej. Najbardziej podoba się jej religia. Zastanawialiśmy się czy zapisywać, ale rok temu było dużo śpiewania, kolęd i innych pieśni, a jakby nie było każde zajęcia z muzyką są potrzebne.

Lilka przechodzi natomiast przedszkole doskonale. Lutka się śmieje, że tak jak poprzedni rok cały przespała na leżakowaniu, tak w tym roku będzie jadła. Bo dzień w dzień wysłuchuję opowieści o takim jaki był pyszny obiad. I może się też okazać, że ta rozłąka ze starszą siostrą wyjdzie jej na dobre. Dorośleje jak jest sama. Jak ją odbieram pierwszą to mi opowiada co robiła. Przy Łucji to się nie zdarzało, bo tamta cały czas gadała. Ach, no i wczoraj było w przedszkolu zebranie. Tradycyjnie wysłany był na nie Diabli, który powiedział, że na wszystkich zebraniach mówi się o tym samym… i on nie wie czy da radę z Mieszkiem, po raz 3-ci to przechodzić 😉