1/10

Za nami wrzesień. Strasznie się nam ten początek roku szkolnego dłużył. I na razie sukcesy są średnie :/ Lilka jak już wiecie, w przedszkolu bez Łucji funkcjonuje doskonale. Koleżanki dochodzą nowe, podwieczorki są niezmiennie pyszne, a w zestawie dań obiadowych pożerane jest prawie wszystko (patrz ostatnia karkówka -???). Za to Łucja ze szkołą oswoić się nie może. Koleżanek brak, łzy są niemalże codziennie i mamy pierwszą uwagę. Zresztą całkowicie bezsensowną. Z religii, która była jej ulubionym przedmiotem. A zarobioną za to, że podczas zajęć położyła się obok innej dziewczynki na dywanie. Najpierw mnie to ubawiło, a potem mną zadygotało. Przecież ona ma 6 lat! Siedzi przez 8 godzin w ławce i nie może zmienić pozycji? Bo szkoła jest lokalowo słaba. Jest mała, w budynku dawnej stołówki i nawet Lutka, która jest mistrzynią adaptacji i zawsze powtarza, że to jak się mieszka, nie ma znaczenia, bo to zawsze tymczasowe, to jak zobaczyła tę placówkę to była zdumiona. Na nie. Sama Łucja mówi o szkole, że chciałaby ją już mieć za sobą. Żeby już nie musieć chodzić. I smutny jest dla mnie tej jej brak zapału i niechęć. To przekłada się na wszystko. Jej wychowawczyni (notabe bardzo fajna i mówiąca o Łucji: moja ulubiona uczennica) poprosiła by Łucja przychodziła wcześniej poćwiczyć rysowanie, bo maluje niestarannie. Łucja niestarannie? Ona to robi na odwal, żeby mieć z głowy! Przecież w przedszkolu jej prace były najlepsze! Nie zdziwi Was więc to, że moim największym obecnym marzeniem, jest to by nowa szkoła, którą budują nam na sąsiedniej ulicy, była rzeczywiście oddana do użytku w przyszłym roku. Ma być duża, przestronna, super nowoczesna i zachęcająca.

Absurdów szkolnych jest zresztą więcej, ale wierzę, że teraz powinno być już trochę łatwiej. Ruszają zajęcia w GOK-u, będzie balet, zapisałam też panny (pomysł Łucji) na kółko plastyczne. Lada moment będziemy szykować się do Halloween, no i zrobiłam im teraz tydzień przerwy. Rano zapakowaliśmy się auta i przyjechaliśmy do dziadków. W planach zakupy na rynku i cd dalszy robienia przetworów, wyprawa na najlepszy torcik bezowy na świecie i grzybobranie. Dziadki podobno wynalazły jakiś piękny las, gdzie są duże polany, szerokie ścieżki i dużo słońca prześwitującego przez kolorowe liście.

Mieszko i jego pierwsze audi

Wieki temu zaczytywałam się historiami ludzi wychowywanymi przez zwierzęta. Bo w dziejach ludzkości takich przypadków było kilka. Mamkami były na ogół niedźwiedzice, a znalezione przy nich ludzkie dzieci przeżywały w „cywilizowanych”, na ogół klasztornych, warunkach zaledwie kilka tygodni. W tym co pisano o nich powtarzały się te same informacje. Dzieci były chude, dzikie, poruszały się na czworaka i wyczuwały świeże mięso z odległości 100 metrów. Tak samo jak niedźwiedzie.

Podobno niemowlaki czują matkę. Czują jej zapach i częściej budzą się na jedzenie, gdy mają ją blisko. Tak jakbyśmy roztaczały jakieś feromony, które spowijają cały pokój…

Tydzień temu wyprowadziliśmy Mieszka do jego pokoju. Na poprzednim miejscu jest szafa i zgodnie z planami łóżeczko poleciało do bawialni. Teraz tam się ruszyć nie można, ale nie o tym. Metoda chyba działa. Śpi mocniej i przespane noce stają się już normą. 🙂

I Cool Boy w foteliku 🙂

Czarny tulipan

Pod koniec drugiej połowy 16 wieku Europę ogarnęło tulipanowe szaleństwo. Apogeum tulipanowej gorączki było w Holandii. Cebulki docierały tam z Imperium Osmańskiego, a bogacące się klasy średnie i arystokracja konkurowały ze sobą egzotycznymi odmianami. Sprowadzonymi lub wyhodowanymi. Królestwo za tulipana? Bardzo możliwe. Cebulka mogła kosztować tyle co kamienica w Amsterdamie, żyzna ziemia albo stado bydła. W 1623 r. pojedyncza cebulka najbardziej pożądanych odmian osiągała cenę 1 tys.guldenów (średni roczny dochód w Niderlandach wynosił wtedy ok. 150 guldenów) a rekordową (hurtową) sprzedaż zanotowano w 1635 roku gdy 40 cebulek sprzedano za 100 tys. guldenów. Ależ to były romantyczne czasy gdy kwiaty świadczyły o pozycji społecznej! 🙂

A pamiętacie książkę Czarny Tulipan, gdzie podstępnie ukradziono cebulkę? Czarnego tulipana? Historia głosi, że najdroższy z tulipanów nie był jednak czarny. Najwyższą cenę osiągnęła słynna cebulka Semper Augustus, która została kupiona za 6000 guldenów w Haarlemie.  Były wyjątkowo rzadkie. W 1624 roku istniało wyłącznie 12 cebulek tej odmiany… Jak widzicie była biało-czerwona. Ale w głowie mamy literacką wersję, że te czarne są najcenniejsze…

Jest coś miłego, w planowaniu rzeczy na za pół roku. Dziś do ziemi wsadziłam cebulki, które zakwitną na wiosnę. Co by nie było, w trawie pojawią mi się wtedy różnokolorowe tulipany, irysy (kupić krokusy!) i kępa… czarnych tulipanów. Będą kwitły i cieszyły oko po białej zimie!

W słoik jesień!

  • Chodź Łuki, chciałam Ci coś pokazać… Zrobiłam porządek w gospodarczym i ustawiłam nasze zapasy na zimę.
  • Niezłe.
  • Jest leczo – 5 słoi, są pomidory – 10 słoików, truskawki-6, suszone pomidory – trzy. Przetrwamy!
  • Mało.

🙂 Więc pewnie jeszcze coś tam dojdzie. Chciałabym dorobić suszonych pomidorów i pigwę. Pigwy mamy spory urodzaj, owoce są wielkie i jest ich dużo, lecz są jeszcze mało żółte, więc muszą chwilę powisieć na krzaczku. I może jeszcze coś mi się nawinie? Może jakieś śliwki, albo gruszki? I przy tym układaniu zamarzyła mi się prawdziwa spiżarnia. Gdzie będzie tylko jedzenie, a nie też śrubki, wiertarki i pudełka z akcesoriami do odkurzacza. I gdzie będę miała regały wyłożone ceratą w kratę… Albo w kwiatki! 🙂

Bento Łuczy/Łuczy Bento

Przez kilka dni zgodnie z umową fotografowałam poranną śniadaniówkę Łuczy. Jak widać zestawy są podobne. Plan ambitny opiewał nawet fotorelację z całego tygodnia, ale ponieważ skład jest wizualnie podobny, to nie ma to sensu. Rzeczy, które zabiera do przedszkola to takie jej przysmaki, które zawsze chętnie zjada. Większość wraca nieruszona do domu, ale mam wrażenie, że lubi to mieć i jest dla niej ważny do znajdzie się w środku. Lila strasznie jej śniadaniówki zazdrości i pudełeczka z przysmakami są elementem przetargowym w jakichś tam ich rozliczeniach 😉

  • Mały pojemniczek z Hello Kitką podzielony miękkim separatorem zawiera chrupaki. Orzeszki i migdały, żurawinę i morele, płatki kukurydziane i pestki dyni.
  • Zielony owalny z dwoma pojemnikami (i pojemnikiem chłodzącym, którego nie zamrażamy 😉 to owoce i warzywa. Marchewka (dopóki na straganach jest pyszna i słodka karotka będzie ją dostawać), ogórki, rzodkiewka albo winogrona czy pokrojone mango.
  • Żółty pojemnik albo zielony kwadrat to jakiś zapychacz. Buła (w dni kiedy ma na II-gą zmianę i po odwiezieniu Lili mam czas by coś jej w piekarni kupić), wafle ryżowe, albo jakiś zawijaniec z ciasta francuskiego. Ostatnio jestem wielką jego fanką i to może być albo ciacho z jabłkiem, albo takie ślimaki z masłem i z cukrem.
  • Ponadto jest soczek lub woda, mus jabłkowy i czasem jogurt.

Poza tym zgubiła się nam Lila dziś w sklepie. Znalazła się prawie kwadrans później w punkcie informacyjnym. Jakaś pani uznała, że ona jest sama i wzięła ją za rękę, wyprowadziła ze sklepu i tam zaprowadziła. A Lila przez łzy powiedziała tam, że mama ją zostawiła. Fatalna akcja, gdzie niewątpliwe nie ma co zwalać na szaloną naturę Lili, tylko należy obarczyć winą mnie. I właśnie rozmawiałam z koleżanką, która powiedziała mi, że jak idzie z dziećmi do sklepu to pisze im ręką na nadgarstku, albo wyżej na ręce, numer telefonu. Komórki do niej. I od dziś zamierzam to robić.

Był sobie fotel

Ruchy szafowe spowodowały migrację mebli. Wewnętrzną i zewnętrzną. Dwa klocki, które stały wcześniej na miejscu szafy zostały przesunięte do innych pomieszczeń. Mniejszy na poddasze, a większy do pokoju dziewczyn na miejsce fotela. A fotel? No cóż… Z fotelem pożegnaliśmy się na zawsze. Pasował do dziewczyńskiego pokoiku, była związana z nim masa wspomnień, no ale klamot to był straszny i służył głównie do budowania na nim zamku.

Dziś w południe jak przyjechał po niego nowy właściciel dziewczyn nie było. Ale jak wróciły pretensjom nie było końca. W końcu odżałowały jak powspominałyśmy sobie, jaki był dla nas ważny. To na nim je obie karmiłam przed snem, to na nim siedziałam jak miałam w brzuchu Łucję i patrzyłam na różowy pokój, który na nią czekał. 

Kolejnym krokiem remontowym będzie objęty pokój dziewczyn. Łóżko piętrowe i koniecznie podwójne biurko… Ach, no i marzą się mi nowe tapety… Może za miesiąc, Bob? 🙂

być jak kukułka

Chodzimy w poniedziałki z Lilką to tego psychologa. Zajęcia lubi, do pokoju wchodzi niemalże w podskokach, a ja z Mieszkiem tkwimy na wyłożonym dywanie długim korytarzu. Dobiegają do nas różne dźwięki, a to bębenki, a to dzwonki, a to jakieś grzechotki. Tak nam się udało, że nasza psycholog jest specjalistą w dość rzadkiej dziedzinie: muzykoterapii i zajęcia z zakresu integracji sensorycznej przebiegają muzycznie. Wydaje mi się, że efekty są i na chwilę obecną Lilka jest w zdecydowanie lepszej psychicznej formie niż Łucja.

Tym niemniej jednak tak siedząc na korytarzu odkryliśmy z Mieszkiem kącik malucha, gdzie jest kilka rozpadających się zabawek. W związku z tym, w ramach akcji: PODRZUCANIE 2012 zabrałam tam dziś trochę nieczytanych książeczek, wypełnionych do połowy kolorowane, cienkich kredek i przeczytanych gazetek o wróżkach. I dyskretnie porozkładałam na regale. Miejsce jeszcze jest, więc sądzę, że cdn… 😉

Szafa!

Jak świat światem, jak blox bloxem, planujemy do sypialni szafę. Jest duża wnęka i tam ją zawsze widzieliśmy… Tyle, że przez lata koncepcje się zmieniały i projekt przechodził na kolejny rok…

Najpierw wymyśliliśmy sobie ażurową szafę. Ale okazało się,  że nie ma w Polsce takich producentów robiących na wymiar, co by nam z takim frontem zrobili.

Potem wymyśliliśmy, że zrobimy taką z drzwiami z poprzecznych listewek. Coś jak rzymska zewnętrzna roleta… I tu wynaleźliśmy przody w Leroyu. Ale utknęliśmy z wnętrzem. Potem okazało się, że wszyscy wokół sami robią szafy. Formatki rozpisują ludzie z Al, a płyty zamawia się w sklepie z płytami. Ale jakoś nie mieliśmy powera by to ruszyć… W międzyczasie ja planowałam jaką tapetę można by dać jako tło szafy… Potem odkryliśmy drzwi rozsuwane i łamane i wymyśliłam, że mogła by powstać taka garderoba…

Ale ona wymagała by obniżenia sufitu na wysokości drzwi karton-gipsem, więc robił się z tego duży remont… Tydzień temu Diabli siadł do kompa i odkrył, że zestawiając bloczki Ikeskiego PAX-a, mamy właściwie szafę na wymiar. Szerokość wnęki to 197cm, a szafa jest szeroka na 196 cm, więc pasuje idealnie! Wiem, że miała być zupełnie inna, ale gdybyśmy ją postawili tyle lat temu, gdy zaczęliśmy ją planować, już pewnie byśmy wymieniali.  A potrzebna była bardzo!

W czwartek więc zamówiliśmy. W sobotę przywieźli i zmontowali, a ostatnie dwa dni robiliśmy szafową rewolucję!

Dzieci zyskały w swoim pokoju nową półkę, na którą przerzuciłam wszystkie ubranka posezonowe (czyli aktualnie letnie), więc na ich półkach jest luz i przestronność. Symetryczne słupki i pełna widoczność. Moje rzeczy przeleciały do ex szafy Diabla, więc ruszyłam tę wielką górę zdobiącą przez ostatnie lata nasz pokój i z przyjemnością pokładałam sobie na półkach i porozwieszałam na wieszakch moje rzeczy. Swetry o których zapomniałam, sukienki, których całe lato nie założyłam i odkryte na nowo spodnie. Jak to przy takich okazjach sporo wywalamy. Mam bagażnik załadowany starymi butami, bodziakami i bluzkami, które wrzucę do kubłów z odzieżą koło przedszkola Lili. Nową szafę okupywać będzie Diabli. To wspólna decyzja. W ten sposób nie będzie budził rano dzieci podczas wyciągania gejerów z szafy. Zresztą dobrze mieć wszystko w jednym pokoju. Więc nasza sypialnia będzie z jego garderobą. Wspólny jest tylko jeden kosz, gdzie są kostiumy kąpielowe.

Ach i jeszcze 😉 Jak zamawialiśmy szafę w sklepie to zapomnieliśmy o uchwytach. I przy montażu Diabli zapytał: To może damy panom Twoje gałki? Bo ja gałek zapasowych mam mnóstwo. Więc dałam. To cenny dla mnie ukłon – bo to krok w stronę mojego festyniarstwa 🙂 Bo przecież każda gałka jest przecież inna :DD

  • Wiesz Justyna… Niektóre małżeństwa mają w sypialni telewizory.
  • A  my patrzymy się prosto na naszą szafę.
  • Nie mamy miejsca na telewizor w tym momencie.
  • Możemy zrobić taki podwieszany na pilota.
  • Świetny pomysł! 😉

Leczo-wanie

  • Kupiłaś mi paprykę?
  • Tak. Ledwo doniosłam te zakupy do auta.
  • To czemu nie zrobiłaś dwóch tur?
  • Bo zaparkowałam daleko od rynku. Może Ty za tydzień pojedziesz? 
  • Bardzo chętnie. Pomidory i cebulą są?
  • Są, są. Mam nadzieję, że połowa pomidorów to Ci zostanie?
  • Zamierzam zużyć wszystkie.
  • Ale ja chciałam zrobić suszone!
  • Jeśli mam robić leczo, to potrzebuję całe pięć kilo.

<>

Przed chwilą miałam też wyznanie, bo to jak domyślacie się Diabli zabrał się za leczo, a kuszące zapachy roznoszą się po całym domu:

  • Wiesz, to niesprawiedliwe, że moim daniem popisowym ma być najbardziej pracochłonna potrawa świata…
  • To prawda. Moje dania popisowe to tylko te nudne codzienne obiadki.
  • No właśnie!

Magia chińskich zupek

Zawsze jak gdzieś wyjeżdżam dostaję od Diabla listę rzeczy, które muszę mu kupić przed wyjazdem. Keczup, pasta do zębów i danie popisowe samotnych mężczyzn, czyli zupki chińskie (Pamiętaj, Justku, mają być ostre!). Kupuję mu dużo i jak wracam to odkrywam, że są prawie wszystkie. Znikają za to przy innych okolicznościach.

  • Znowu nie ma obiadu?
  • Dlaczego znowu? Możesz dostać rosół.
  • Ale coś bym zjadł konkretnego.
  • Jeszcze jedną porcje śledzia? Wg mnie wyszedł mi świetnie!
  • Nie… Zjadłbym coś takiego ostrego…
  • Guacamole?
  • A mamy jeszcze zupki chińskie?
  • W dużych ilościach. Zrobić?

Zrobić… Też tak macie, że jak sobie zrobicie ruinę w domu to niby cały czas coś robicie, sprzątacie, przenosicie ale w ogóle nie widać efektów? :/