Wieczór. My z dziadkami siedzimy na ławce, na schodkach przed wejściem Łucja referuje scenariusz:
- Ja przedstawię śpiew, Lila przedstawi taniec, Mały robi wygłupy! 🙂

Wieczór. My z dziadkami siedzimy na ławce, na schodkach przed wejściem Łucja referuje scenariusz:

Są dzieci, którym ciągle się coś przydarza. Jak mój brat, który miał pełen komplet dziecinnych i nastoletnich przygód. Płynęliśmy kiedyś całą rodziną wielkim statkiem po morzu. W każdą stronę woda… I nagle pojawiła się jedna samotna mewa… I zrobiła w locie białą kupę… I zgadniecie gdzie spadło? Prosto na okulary przeciwsłoneczne opalającego się Małego!
Lilka ma ten sam, na szczęście przemijający, urok. Zresztą podobnie jak on jest całkowitym sportowym antytalenciem. Jak stanęła na hulajnogę parę dni temu to okazało się, że nie tylko nie wie, którą nogą się odepchnąć, ale w ogóle nie wie, że trzeba się odpychać i próbuje na hulajnodze (posiadanej od dwóch lat) podskakiwać. Albo te przygody… Jeśli idziemy przez las, a na środku ścieżki siedzi żaba, to nawet jeśli krzyknę: Uwaga! Żaba! mogę być pewna, że Lila wdepnie w sam jej środek… Więc boimy się żab. I nic nie pomaga. Ani tatin, który bierze małe żabki na ręce i je całuje (!!!), namawiając przy tym mnie, żebym i ja to zrobiła, ani przenoszenie, ani pozytywne historyjki o żabkach… Chodzi przez ten las na palcach i raz po raz podskakuje! 🙂





A jednak jest net! 🙂 Pogoda zresztą też 😉 To pierwsze tak mnie zaskoczyło, że dziś tylko foty 🙂


Na pomoście z babcią i wariacje w pokoju!

Jak widać mocny „poniemiecki” styl 😉

Jak by tych atrakcji na dzisiaj było mało złapałam gumę. Coś mi tak łopotało, a jak podjechałam pod pralnię to facet mówi, że mam mało powietrza. I że on by już dalej nie jechał i od razu na zapas zmieniał. Więc ja w te pędy do wulanizatora i wyjęliśmy z opony śrubę wielką jak do mebli ogrodowych!
Mam nadzieję, że to już koniec niespodzianek, bo muszę się w końcu zapakować! O 5 rano ruszamy na Wielkopolskie jeziora. W rodzinne strony Krzycha, z dziadkami w komplecie! Powrót za tydzień. Z netem może być krucho, ale z jeden wpis powinnam dać radę po drodze zrobić! 🙂
W niedzielę zadzwoniłam do Diabla:
Zreferowałam sprawę Lutce. Ta poradziła bym zadzwoniła do brata, bo on jakieś ekologiczne łapki rozstawiał. Dzwonię więc:
Do tego momentu historia jest sielankowa. Ot, uroki życia na wsi, pokazujące, jak bardzo potrzebny jest człowiekowi kot mruczący głośno niczym silnik Disla. Nawet sobie sprawdziłam czy mam na trasie jakieś OBI, do którego mogłabym zajrzeć. A potem wyobraziłam sobie jak we wtorek rano idziemy z dziewczynami na pobliskie pole i wypuszczamy myszkę w świat.
Wczoraj jak wiecie wróciłam. Z duszą na ramieniu weszłam do domu (gdyby mi wyskoczyła jak wnosiłam karton z talerzami było by po nich), lecz założyłam, że ultradźwięki jakie wytwarzają dziewczyny i tupot jaki tworzy Miecho, sprawi, że każda szanująca się mysz, schowa się i nie raczy wyjrzeć do póki nie nastąpi spowrotem cisza.
Potem Diabli wrócił z pracy, chwilę pogadaliśmy, on puścił mi na lapie kilka kawałków (Klata, plecy, barki oraz dysko-błysko Cze Cze Re)
Pojechał. Kilka minut później zadzwonił:
Czy słyszeliście kiedyś o równie przerażającym sposobie eksterminacji myszy????
W książce, którą ostatnio czytałam (na blipie cytat z), jest dialog szefa z asystentką Lindą (być może nawet kiedyś lindą Lindą)
No właśnie… Wiecie, że się nie skarżę i narzekam, ale czasu na ogół mi na wszystko brak. Lubię ten wypoczynek u rodziców. Wypoczywam i relaksuję się bardziej niż w weekendowym spa, do którego bezskutecznie mnie wypycha Diabli. Jeszcze się tak przeciągam, ale zaraz wskakuję pod prysznic i ruszam do pakowania. Wracamy do domu, gdzie po trzech dniach porządkowania, muszę nas wyszykować do kolejnego wakacyjnego turnusu! 🙂

O Łążku było już conajmniej dwukrotnie. Raz jak byłam jeszcze z Miechem w brzuchu (a jak być może pamiętacie waga w tamtej ciąży poszła mi w pośladki) i jeden z grajków zachwycony moimi gabarytami strzelił ze smyczka po mojej pupie 😉 a drugi raz ubiegłej jesieni gdy pojechaliśmy tam żurawinobranie. Dziewczyny miejsce pamiętały, za to dla Diabla był to pierwszy raz. I podobnie jak nam też mu się spodobało! Bo…
Było tradycyjnie dużo ludowizny:


Były nalewki sprzedawane na kieliszki i zabawny konfenansjer, który gdy przyuważył rowerzystów degustujących zalecił im ze sceny by do Janowa lasem, a nie szosą wracali.

Było kółko Młodych (i bardzo sympatycznych) Gospodyń, które miało rewelacyjne ciasta (takie jedno było jak pączki, ale dużo bardziej chrupiące i one je podawały z konfiturą) i przepyszne soki:

Btw. miały taki garnek z napisem: Garnek na datki na babskie wydatki:

I masa zwierząt gospodarczych (kóz, owiec, gęsi, kur, baranów, koni i królików):



Potańczyliśmy pod okiem surowego jury:

A oto i jury:

I popatrzyliśmy jak tańczą inni (bardzo ładną mamy młodzież!)


Ale ich już oceniali inni! ;))

Wyczytałam… No i u nas różnica jest mniejsza… Chciałam przytyć i program ciastowy, który wrzuciłam sobie w tym roku okazał się skuteczny. Był moment, że spadłam do 54, ale w chwili obecnej mam 60 i mam nadzieję, że uda mi się to utrzymać! Bo chciałam tyle właśnie ważyć 🙂 Ale, mąż mi się chyba trochę odchudził przez te dwa samotne tygodnie… Patrzę na niego i widzę, że muszę go trochę upaść ;))

Mądrość na dziś (by Lila):
W takiej wodzie nie ma rekinów. Rekiny są w błękitnej wodzie. Ta nie jest błękitna, bo to rzeka!
Błądzę i krążę po stronach ludzi organizujących imprezy… Wiem, wiem, mam za dużo czasu. Ale „odkryłam” papierowe lampiony. I jestem nimi zaczarowana. W przeciwieństwie do balonów, które zdominowały imprezy dla dzieci, papierowe kule są eleganckie i… romantyczne?
Pierwsze zdjęcie, od którego wszystko się zaczęło znalazłam szukając pomysłów na letnie party w ogrodzie:

A potem już poooleciało. Kopalnią inspiracji były firmy amerykańskie organizujące wesela i tzw. bridal showers. Przepiękną imprezę tego drugiego typu możecie zobaczyć tu.., gdzie jasno- różowe kule wiszą nad głowami gości:

No i śluby. Bo wszędzie piszą: Paper lantern deco is so in trend now!



Zwieńczeniem poszukiwań było znalezienie strony Ikea Hackers, gdzie przerabiają standardowe meble… Uświadomiono mi tam, że takie lampiony można na dodatek ozdabiać! I też super wyglądają. Np. zrobić na nich groszki! Podejrzewam, że z takiej prasowanej bibuły były by najlepsze!
<><><>
Wieczór/noc. Łucja jak wiadomo zasypia szybko (kładzie głowę i śpi), Mieszko zresztą też (po wyjściu z wanny, woła z wyrzutem MAMO!!! i idzie oglądając się na mnie do naszej sypialni, na jego codzienną porcję przytulanek), ale Lila to osobny przypadek. Niezależnie od tego jak jest zmęczona, dwie godziny przed snem śpiewa i gada.

Wiele lat temu na naszym ślubie, w wielkim pudle od mojej chrzestnej, znaleźliśmy talerze. Właściwie cały komplet na 12 osób. Kwadratowe, z miseczkami, wazą i półmiskami (tu ich było kawałek widać). Nowoczesny, ale ładny. Z takimi prezentami jest tak, że w pierwszej chwili myślisz, że sam kupiłbyś sobie inne, ale już po miesiącu doceniasz, że był to naprawdę świetny upominek. I przez te sześć lat naprawdę nam się przydawał. Tyle, że trochę się już zdekompletował i poobtłukiwał. Od jakiegoś więc czasu planowaliśmy z Diablem, jakie będą kolejne talarze… Oboje byliśmy zgodni, że mają być okrągłe, klasyczne i może w kwiatki?
Zabrał mnie wczoraj Krzycho do słynącego z porcelany Ćmielowa. Jest tam sklep fabryczny i sklep wyprzedażowy… Z końcówkami serii i całymi partiami, które były wycofane, bo w kilku egzemplarzach były skazy. Kupując należy więc dokładnie obejrzeć kaaażdą sztukę… Punktem jestem zachwycona, bo kupiłam tam komplet w kwiatki! Dokładanie taki na jaki od dawna miałam ochotę! Talerze, sosjerkę i dzbanuszek. Była jeszcze cukiernica i waza od kompletu, ale uznałam, że one akurat nie są mi potrzebne. Lutka twierdzi, że latem i tak tam wszystko jest przebrane i jechać trzeba zimą. Pojadę więc i wtedy! 🙂


Na fali zakupowej wzięłam też dwa półmiski z innych serii. To jest coś ciągle jest mi potrzebne! :))

<><><>
Serial „Glina„. Jeden do drugiego: