Dwa razy w życiu miałam swoje 5 minut uprawy roli…

  • Pierwszy raz, gdy miałam lat 15 i na pionierskom łagierie wysłali nas na zbieranie kartoszki. By być szczerym to nie zbierałam, a obraziłam na wszystkich, tym niemniej jednak to pole, słońce i kurz pamiętam.
  • Drugi raz gdy całą rodziną zbieraliśmy czarną porzeczkę. Lutka miała wtedy kawałek ziemi, na skupach porzeczka była wyjątkowo droga i Krzycho wykombinował, że będziemy mieć plantację czarnej porzeczki. Oczywiście gdy rok później dojrzała to kosztowała już taniej niż jabłka, więc zbieraliśmy SAMI 🙂 Miałam wtedy z 19 lat. Był to ostatni pomysł rolniczy ojca. Potem już koncentrował się na wyczuciu rynku wyłącznie w sferze maszyn budowlanych.

Tym niemniej jednak z tej drugiej przygody ostały się pojedyncze krzaczki przesadzone do przydomowego ogródka… 

Ta porzeczka to taki taki rolniczy chwast. Rośnie łatwo, jest dobre i nikt tego nie zbiera. Dżemy są najtańsze, chociaż mają największą zawartość owoców w słoiczku. I kupić się tego nie da. W hipermarketach kosztują tyle co maliny, a na rynkach raczej nie bywają. Obrywamy więc sąsiedzkie czerwone

I oczekując na przyjazd tatina robimy wyżerkę obu kolorów! 🙂