– Łucja
Po odwiedzeniu Maca (zabawki ze smurfami) i rewelacyjnej lodziarni na trasie (home made ice cream), oraz po odbyciu telefonicznej rozmowy z mężem (który odkrył, że tym samym samolotem leci Torbicka i pochłonięty był kombinowaniem jak tu obok niej usiąść), jesteśmy. Z zabawkami było małe zamieszanie, bo o ile Łucja od razu wybrała Lalusia, jako jedynego posiadającego lustro, tak Lila długo myślała by w końcu wybrać… Marudę 🙂
Dostałam ostatnio meila z linkiem do strony jednego znajomego. Prowadzi taki pamiętnik „pisany przez jego syna”. Co miesiąc umieszcza tam plik zdjęć wraz z opisem. Pomijając samą niezbyt mi pasującą formułę („najbardziej lubię mleczko mamusi”, „uwielbiam moje fascynujące zabawki”) co podejrzewam czytane przez dorosłą kiedyś osobę może się wydawać infantylne, ogólnie przejrzałam to z dużym zainteresowaniem. I przyszło mi do głowy, że z jednym dzieckiem rodzice mają niezły zapał do udowodnienia całemu światu, że dziecko nie jest hamulcem ich planów. Sama byłam długo orędowniczką tezy, że podróżowanie z dzieckiem jest wspaniałe i możliwe, ale im dalej w las tym tym silniejsza jest we mnie fraza: Można, ale po CO?! Ja wiem, że istnieją jeździki przyczepiane do rowerów i nosidła, w których można zdobywać Pieniny, ale wystarczy odczekać półtora roku i masz zupełnie inne warunki. Nie musisz się martwić o jedzenie, o to czy woda lub nowy proszek nie uczuli, lub też o to w czym tego bobasa wykąpać i czy gospodyni ma miednicę. I nie chodzi wyłącznie o lenistwo czy wygodę, ale też komfort malucha.
