Każdy idealny wyjazd musi mieć jakąś mini-katastrofę. Właściwie to nawet trudno mówić o katastrofie, bo chodzi raczej o efekt powodowany wakacyjnym rozkojarzeniem. Tym razem ofiarą była… komórka 😉 A to było tak:
Dwie godziny przed odlotem, my w taryfie na lotnisko, zbliżamy się do mostu, na którym ostatnio był półtoragodzinny korek. Auto to taki minibus. Młody i przystojny kierowca rząd pierwszy, w drugim ja z Miechem, na końcu Diabli z dziewuchami. Diabli woła:
- Nie mam komórki. Zostawiłem ją!
- Pewny jesteś?
- Tak.
- Klepnąć go, że zawracamy?
- Nie wiem.
- Zadzwonić, żeby zlokalizować telefon? Może gdzieś jest?
Wyjmuję komórkę, ale Diabli mi przerywa:
- Nie ma sensu. Nie mam jej. Zawracamy.
Klepię kierowcę, na migi tłumaczę i zawracamy. Diabli:
- Nic nie powiesz?
- Nic.
- Powiedz coś Justku.
- Ale co mam powiedzieć?
- Cokolwiek. Miał rację Samuraj, że całe życie nazywał mnie dupkiem.
- To powiem. Wszystko dlatego, że ciągle gdzieś chowasz ten telefon! Jakbyś przestał spiskować to by nie zginęła!
- Ale ja nie spiskuję! Podłączyłem ją do ładowania!
Przed naszym pensjonatem siedzi gospodyni i trzyma w ręku komórkę Diabla i plecaki dziewczyn. W plecach są nasze paszporty. Ona czeka i się uśmiecha. Odbieramy i zrelaksowani gnamy na lotnisko.
- Justku, wybaczysz mi?
- No wybaczę 🙂 Wiesz, kiedyś po świętach wracaliśmy z bratem 3x do rodziców.
- Dlaczego?
- Bo co odjechaliśmy to się nam coś przypominało.
Reszta drogi mija na żartach moich z kierowcą, jaki taki to gapa z mojego męża. A ponieważ on nie mówi w żadnym języku, by wyjaśnić mu o co kaman, wyciągam z głębin torebki moją komórkę i wymachując nią zaśmiewam (-śmy) się po pachy. Na lotnisku jesteśmy na czas. Prawie na czas. Wysiadamy w biegu, ja trzymam Miecha. Ale gorąc, muszę pamiętać zabrać… Qrcze, gdzie jest kapelusik Miecha? O dobra, tu jest. Ciao, See You! Bye, bye!
Odprawa, prześwietlanie bagażu, siedzimy w samolocie. Stewardessa przypomina by wyłączyć komórki. Gdzie jest moja komórka? Łukson, weź do mnie zadzwoń. Ale Diabli nie może się zalogować do sieci. Dobra, znajdziemy w Budapeszcie.
Przesiadka. Z jednego samolotu do drugiego. Najpierw dyskusja by nam wyjęli z luku wózek. Wiemy, że ciężki, ale łatwiej nam będzie się przemieszczać. I bieg z jednego terminala do drugiego. Wow, ależ odlotowa jest madziarska bezcłówka! Słońce, weź dziewczyny do sklepu jak przekopię torebkę. Nie ma. A może ja wrzuciłam do walizki?
Lot. Auto. Dom. Nie ma. Co dalej?
- Zanim zgubisz komórkę zadbaj o to by w Twoim otoczeniu był ktoś kto ma telefon w tej samej sieci. Straciliśmy 15 minut na krążenie po sieci Orange by znaleźć numer telefonu alarmowego. Złotego Cielca dla tego kto go znajdzie. W końcu zadzwoniliśmy na zwykły numer infolinii z komórki Diabla.
- Musisz mieć w głowie kilka numerów, bez których nie uda Ci się zablokować telefonu. Ale załóżmy że te numery klienta i pesel pamiętasz.
- Zastrzegasz numer. Odblokować go można później w salonie. Ważne, żeby ktoś nie nabijał Ci rachunku.
- Wyciągasz stary aparat i przekładasz do niego nową „kość”. Ja muszę jeszcze tylko znaleźć cracki jak złamać simlocka w LG 🙂 Samsung Avila fajnym telefonem był!
