Lubię zwyczaj zatrzymywania się w ostatnim sklepie przed granicą. Zawsze wracając z wakacji tak starałam się robić, podobnie zresztą jak Krzycho. Tym razem łaziliśmy razem po Litewskim markecie, wyszukując co warto spróbować. Lutka siedziała z wnukami w aucie pod sklepem 🙂
- Kwas chlebowy – piłam go wszędzie gdzie był w menu, więc jak dotarłam do oryginalnego kupiłam!
- Piwo – butelkowane podobnie jak w Rosji w plastikowe butelki. Chwilę obserwowałam lokalnego „konesera” i wzięłam to co on, tyle że lżejsze procentowo odpowiedniki 😉
- Czekoladę – Litwini są dumni ze swoich czekolad – mają takie stoiska pralinek stylizowane na belgijskie i są naprawdę pysze.
- Przyprawy– kupiłam mix przypraw, który nie mam pojęcia co zawiera (bo litewski nie jest podobny do żadnego języka), ale zrobiłam wczoraj z nim pieczeń z karkówki i jest wybitna.
- Chleb litewski na zakwasie. Jest czarny, słodkawy i niepowtarzalny.
- Wodę mineralną z Druskiennik – gazowana tak ,że aż nosem wychodzi, ale dwulitrowy baniak wtrąbiliśmy z Krzychem w jeden wieczór.
- Sok z granatu – w całej Rosji i ex-Rosji można kupić soki i koncentraty z Azejberdżanu. I warto to kupować, podobnie jak gruzińską wodę Borjomi.
<><>
Na rynku w Sejnach. Wybieram śliwki. Zagaduję do zaciągającego sprzedawcy:
- Które dobre?
- Te. Najdroższe. Najdroższe zawsze najlepsze.
- Eee tam. Nie zawsze.
- Zawsze. To tak jak z samochodami. Najdroższe są najlepsze.
- Bzdura. 🙂 Jeżdżę dacią i uważam, że to najlepszy samochód świata!
- Dacią?! To jeszcze to produkują? :))
