Jak byłam w podstawówce Krzycho jeździł ze mną na wszystkie wycieczki klasowe. Po prostu jak pani pytała: Które z rodziców będzie mogło pojechać? Zawsze podnosiłam rękę i mówiłam: Mój tatuś, napewno chętnie pojedzie. Co więcej dopiero ostatnio się dowiedziałam, że to nie tak do końca Krzychowi pasowało, ale ponieważ córkom się nie odmawia 😉 to jechał.
Parę dni temu ubawiła mnie sąsiadka, której ośmioletni syn pojechał na 3 dni na zieloną szkołę. Dramatyzowała:
- Jak on sobie da tam radę?
- Jakoś sobie da. Komórkę mu dałaś?
- Oczywiście! Ale wychowawczyni wszystkim zabrała! Może to i słuszne…
- Pewnie tak. Jak będzie chciał zadzwonić to napewno mu da telefon.
- No tak, ale ja się nigdy z nim nie rozstawałam!
A wczoraj na wycieczkę przedszkolną pojechała Łucja. Z tatą. Bo ja zostałam z zapłakaną Lilą i Mieszem w domu. Siostra średnia też chciała jechać! I morze łez było, że ona nie jedzie…. A Łucja? Łucja była rozczarowana, że jedzie tylko na jeden dzień :))) Bo nastawiła sie na PRAWDZIWĄ wycieczkę :))

Było więc słuchanie bajek i tanczenie jak Pacahontas 😉 Co zresztą Łucja zignorowała.

Była trampolina i skakanie:


I była cała masa innych zabaw! :))

<><>
Łucja z Lilą
- Lila, czego sie boisz?
- YYyyyy…yyyy..
- Bo ja sie boję SAMOŚCI i wielkich psów. [chodzi o samotność;)] A Ty? Czego się boisz?
- Niczego.
- A nie boisz się ogromnych dinozaurów?
- Boję się!
- A ja nie! :))
