Requiem dla Cytryny

Kupiliśmy ją dwa tygodnie przed narodzinami Łucji. To takie auto, które ja wybierałam od początku do końca. Chciałam elegancką JASNĄ tapicerkę i niebanalny kolor. Reszta razem z marką była dla mnie bez znaczenia. To najlepszy i najwspanialszy samochód jaki miałam. Nic w nim się nie psuło. Zalewałam benzynę i jeździło. Miał całą masę bajerów do których się przyzwyczaiłam: chłodzony schowek, czujnik parkowania i odprowadzanie światłem. Wysiadałam, pstrykałam pilotem, a on świecił mi jeszcze przez chwilę światłami, tak że łatwo było mi trafić kluczem do drzwi 🙂

Pamiętam jak z wielkim brzuchem stałam w kolejce do rejestracji. Ostatni dzień lipca 2006. Byłam mokra i spuchnięta. To było gorące lato… Los mi to wynagrodził tablicami rejestracyjnymi gdzie były obok siebie dwie osemki 🙂 To podobno dobry znak w chińskiej numerologii. I miałam problem z podaniem koloru karoserii wtedy w okienku. Verde ethel. Metalic? Zielony? Szary? Nie umieli mi tego koloru wytłumaczyć też sprzedawcy w salonie przy zamawianiu. Bo nie ma takiego koloru w „zestawie lakierów do wyboru” w salonach Citroena! Nie ma w Polsce 🙂 To był egzemplarz prosto z francuskiej fabryki :)) Wartością dodaną tego unikatowego odcienia było to, że to auto nigdy się nie brudziło!?! Zimą wszyscy byli uświnienieni i zachlapani, a moja cytrynka wyglądała prosto jak z myjni. 🙂 A o tę jasną tapicerkę toczyłam nieustanne boje z Diablem, który uważał, że ją brudzę i że w kolejnym aucie będę mieć W CIAPKI :))

Gdy Diabli ogłosił w fabryce, że sprzedaje auto, chętnych „palców pod budką” było kilka. Ale zdecydowaliśmy, że ponieważ znajomym się nie sprzedaje, powiesiliśmy ogłoszenie w necie. Wisiało dwa dni. Mam nadzieję, że nowa właścielka będzie nim zakręcona równie mocno jak ja.