Parę tygodni temu rozmawiałam z mamą 17miesięcznego wtedy chłopca. Opowiadała, że jej mąż robi się zazdrosny o… syna 😉 Rzecz w tym, że pod wieczór gdy zbliżała się pora karmienia i przytulania maluch robi się wyjątkowo zadowolony. Uśmiecha się i krąży wokół mamy. Wałkują więc temat co wieczór:
- Może byś tak przestała GO już karmić?
- Julkę karmiłam przez dwa lata, więc jego też mogę!
Ostatnio poradziłam sie kilku, niezależnych od siebie, mam w kwestii kaszkowo słoiczkowego karmienia Mieszka. I wszystkie powiedziały to samo: Nie zmuszaj go! Jak nie chce jeść to niech nie je. Mało tego, okazało się, że posiadające i synów i córki wprowadzały synom twardsze pokarmy średnio o dwa/trzy miesiące później. Odpuszczam sobie więc słoiczkową walkę. Będę raz na jakiś czas próbować, ale bez ciśnienia. Nie na rękę było mi takie siłowanie. Lubię to karmienie, a poza tym to jedyne chwile w tym codziennym biegu kiedy mogę sobie poleżeć. Uff… Jaka to prosta decyzja była 🙂
Mieszeczek w cytrynowym bodziaku i cytrynowych śpiochach. I w cytrynowej pościeli! 🙂

Po spacerze. Wózek z Mieszeczkiem pod drzewo do ogródka, a ja do kuchni robić obiad. Przybiega Lila:
- Mamo, gdzie jest LUZEK?
- Jaki wózek słońce? Szukasz hulajnogi? Wystawiłam ją na…
- Nie!! Gdzie jest MIESKO?!
- Mięsko, żabciu? Jesteś głodna? Za chwileczkę będzie zupka.
- Nie! MIESKO NASZ KOLESKO!
- Aaaaa :))) Śpi w wózku w ogródku. Pod drzewem. Tak z boku :))

