
Właściwie tak bardzo deszczowy to nie był… Owszem mżyło na początku…

Ale potem wyszło słoneczko 😉

A jak schodziliśmy z grodu to już wogóle niebo było błękitne, a „trakty” suche!


Po drodze zjedliśmy obwarzanki, hot dogi, kawę i gofry. W tej właśnie kolejności. Ja pod budką hot dogarza, lodziarnia i Diabli wychodzący z kawiarni, gdzie zamawialiśmy kawę.



Bułą i obwarzanami posilały się również gołębie 🙂


Z pełnymi brzuchami oddaliśmy się podziwianiu jednego z najważniejszych historycznie miast Polski. Akurat przebiegał tu festiwal filmowy i codziennie na Starówce wyświetlany jest film. Turystów było całkiem sporo, kafejek i kramików nie mniej, a i rzeczy do podziwiania nie brakowało. Pomnika strzegli halabardnicy, którzy „groźnie” atakowali halabardą śmiałków co wchodzili na pomnik. Można było się z nimi zfotografować i pogadać. To miłe, bo za większość tego typu atrakcji trzeba na świecie extra płacić 🙂


Na straganach królował krzemień pasiasty. Unikat kruszcowy, który posiada trzy najważniejsze cechy kamienia jubilerskiego: rzadkość występowania, dekoracyjność i odpowiednią twardość…. i jest dostępny tylko w pobliskich wąwozach! Swoim usłojeniem przypomina wzburzoną wodę, a krzesany jeden o drugi miota iskry. W neolicie używano go do siekierek o znaczeniu magicznym i obrzędowym, a teraz jest biżuteryjnym rarytasem…

Mieszko podziwiał świat „na tacie”. Btw. uwielbiam „trampki”, które mu kupiłam przed świętami. Każdą skarpetkę i bucika potrafi sobie ściągnąć, a takie szydełkowe się trzymają!


Odwiedziliśmy królewskie miasto!
