Fokstroty na rentgenach

Mam słabość do musicali. Ale nie do takich, gdzie aktorzy śpiewają do siebie swoje kwestie, ale bardziej filmów z klimatami mtv. Pierwszy, który mnie tak zaczarował to było Natural Born Killers. Ależ ja o ten film toczyłam boje z bratem! Dla niego był to gloryfikacja patologii i przestępczości, a dla mnie pokaz sztuki przetrwania i zdolności adaptacyjnych. Dwa razy poszłam na to do kina! Potem było Romeo i Julia. To samo. Piękny film o miłości i ideałach. Bez „śpiewnych” wstawek to nie było by to! Później były kolejne filmy,ale one nie wydały mi się takie przełomowe… Slumdoga napewno pamiętacie wszyscy. Czy bez muzyki to byłby ten sam film?

Wczoraj korzystając z tego, że Lutka wybyła na jakąś kolację z Azjatami, odpaliliśmy z Krzychem „Stiliagi„. Mój podchoinkowy prezent dla niego. Wooowww!!! Ależ mi się podobało! 🙂 Nie jako film fabularny, ale bardziej jako widowisko. NIE WIEM… który moment był NAJ…. Chyba ten gdy Mel i Polza są razem. Zato Krzycha NAJ był jak wyrzucali Mela z partii (a właściwie Komsomołu). Dla niego to była współczesna wersja ściany Flyodów. No cóż… odrzucona kobieta jest najgorszym z możliwych przeciwników…

Chcecie to sobie poklikajcie. Ale polecam obejrzeć cały film o „muzyce na kościach” 😉 Tak ją nazywano bo płyty amatorsko tłoczono na rentenowskich zdjęciach.  Na zachętę wklejem tu jedną z piosenek. Jak Mel gra na „saxie” :))