Z historii pomocy domowych

Mieszko obudził się o trzeciej. Zjadł i wszedł w fazę: Było cudownie, więc teraz poleżmy sobie razem. Ale niestety ja zrobiłam się głodna i postanowiłam, nie czekając aż zaśnie, pójść do kuchni i zrobić sobie kanapkę. Chodzenie usypia, więc gdybym miała tak jak u Carringtonów siłownię z bieżnią, to bym chwilę po drodze na kuchni pochodziła po niej… i do kuchni zeszłabym już bez tego balastu na ręce. Tyle, że u Carringtonów jak się wychodziło z pokoju to pewnie od razu się wchodziło na jakąś służbę do której trzeba się uśmiechnąć, albo nawet chwilę zagadać. A gadać mi się nie chciało. Zaraz, zaraz… Czy oni mieli tam służbę? Na pewno był kierowca, bo Falon miała z nim romans. Pewno byli też niezauważalni podający posiłki. Tacy sterylni w  krochmalonych fartuszkach…

Czytałam kiedyś niezły artykuł o pomocach domowych. Że np. we Włoszech, tak nauczono się przez pokolenia tak ignorować ich obecność, że ich nie zauważano. Krzątali się nie przeszkadzając normalnemu życiu w rodzinie. Stąd wynika krótki epizod Polaków sprzątających w ich domach. Bo siedziała sobie taka włoska rodzina i oglądała teleturniej, a tu sprzątający nagle mówił odpowiedź na pytanie konkursowe. Co za fopaux! To tak jakby się mebel się odezwał! W ten sposób nasza narodowa przemądrzałość uniemożliwiła rozwój tej grupy zawodowej (aplikującej z kraju Piasta) w słonecznej Italii. W artykule był jeszcze jeden niezły przykład. Pomocy domowej w Polsce międzywojennej. Kiedy w rodzinach inteligenckich wykształcono taki szczególny model, gdy pomoc domowa stała się swojego rodzaju domownikiem, powiernikiem czy nawet doradcą i sprzymierzeńcem nastoletnich dzieci gospodarzy…

 

Mi marzy się, niewspomniany nigdzie model meksykański 🙂 Gruba i pachnąca jedzeniem kucharkoniania, którą spotykam jak wychodzę z parnej sypialni mojej hacjendy. I mogę jej powiedzieć:

  • Rosalio, ponoś proszę dziedzica. Jest najedzony, więc zaraz zaśnie. Ja pójdę do kuchni zrobić sobie kanapkę z pieczenią.

Bo dobra mi ta pieczeń wyszła :))

<><>

Diabli sprawił się na medal z tymi piernikami. Dziewczyny czekały aż tata przyjedzie, a przyjechał późno, i dobrze że nie był z pustymi rękami… Była torebka małych piernikowych serduszek i wielkie piernikowe serce, o którym Łucja wykrzyknęła: Jest jak z bajki o Jasiu i Małgosi!

Zęby miały umyte, więc miały już nie jeść, ale pozwoliłam po małym serduszku. Egzaltacja osiągnęła szczyt… Łucja:

  • Ja nie wiedziałam jaki pierniki mają kształt i zapach. Teraz już wiem. Ten smak jest cudowny! :))