Od ucha do ucha

  • A wiesz Łucja po co dziewczynkom uszy? zapytał dziadek
  • Po co?
  • Po to samo po co chłopakom…
  • Po co?!?
  • Po to, żeby mogli się uśmiechać od ucha do ucha. Gdyby nie mieli uszu, to by się uśmiechali wokół głowy!
  • Nie…

Nieźle, bo pamiętam czasy jak Krzycho nam ten tekst sprzedawał :)) Dziadek mam wrażenie się marnuje wyżywając zaocznie jako profesor… On ma potencjał na przedszkolankę! Pamiętacie jak zrobiłam warsztaty scrapbookingowe? Wyklejałyśmy listy, robiłyśmy rysunki i układałyśmy te małe scrapki w przeróżnych miejscach:

Dziadek do kwesti rękodzieła podszedł ambicjonalnie i postanowił się włączyć.  Streszczę Wam  kilka pomysłów z ostatnich dni. Na pierwszy ogień poszedł klej do tapet, przy pomocy którego dziadek zrobił dziewczynom miseczki z papieru. Miały to potem pomalować farbkami (dokumentacji brak). Potem zrobił samoloty z papieru, które były eksplatowane do doszczętnego porwania:

Następnie robili kolaże. Dziadek odciął ze starych, trójdzielnych kalendarzy ten widoczek z góry i kazał dziewczynom powiedzieć co na nich brakuje. Brakowało domków i zwierzątek. Dziadek miał to przytowane wcześniej (niczym Adam Słodowy) i musieli to tylko poprzyklejać:

A na koniec obkleił opakowania po lekach naklejkami i zrobił z nich ludziki :DD

Wczoraj po południu zabrał natomiast dziewczyny do takiej dużej sali zabaw. Gumowe i skaczące atrakcje. A ponieważ pogoda była ładna, ja równolegle ruszyłam na spacer z Mieszkiem. Poszliśmy do lasu, gdzie znalazłam… konwalie!

Zbieram się więc i pójdę tam teraz z dziewczynami! Muszę się śpieszyć bo wkrótce przybędzie Diabli i nas zaabsorubuje! :))

Royal wedding

Zawsze się zastanawiałam w jaki sposób może się Brytyjczykom opłacać monarchia… W otrzymanym ponad dwa miesiące temu katalogu Cath Kidston była rozkładana przednia okładka informująca o ślubie Kate i Williama. I breloczkach CK jakie można na tę okoliczność kupić. Jaka Kate? Jaki William? pomyślałam… Ale sygnałów w mediach i w necie było coraz więcej. A od momentu ukazania się filmiku z „przygotowań do ceremonii” regularne info o  nadchodzącej uroczystości jest już nawet w codziennych wiadomościach (o wedding dance napiszę Wam kiedyś indziej, ale to też fascynujący temat 🙂 Te przygotowania z youtuba to oczywiście fake, ale nie ma to większego znaczenia. Ważne, żeby było głośno i wszyscy wiedzieli, że zbliża się  WIELKIE wydarzenie 😉

Po Londku jeździ para sobowtórów młodej pary, sklepy biją rekordy sprzedażowe, a turyści z całego świata walą drzwiami i oknami do wyspiarskiej stolicy… Btw. ja też miałam pierścionek zaręczynowy z szafirem. Może trochę mniejszy, alw za to mój mąż tak nie  łysieje 😉 Trzeba dziś jakąś relację obejrzeć!

Co zrobić jak dziecko się zakrztusi?

Łucja zakrztusiła się jak była w takim wieku jak Mieszko. Wyszliśmy z jakichś odwiedzin, gdzie ja za bardzo nie miałam ochoty się „obnażać” i dziecko było głodne. Wsiedliśmy do auta, z nadzieją że szybko dojedziemy do domu. Ale tak strasznie płakała, że wypięłam ją z fotelika i zaczęłam karmić, nie informując o tym Diabla. Auto podskoczyło na jakimś wertepie i Klucha się zakrzusiła.

Z Lilą akcja była dzisiaj. Biegły gryząc przysmak ostatnich dni: wielkie żelowe myszki i się potknęła. Zaczęła krzyczeć, a po chwili zrobiła się sina, nie mogła nic powiedzieć i co gorsza złapać oddechu. Przewróciłam ją nachyloną głową w dół i klepałam między łopatkami. Spowrotem na nogi i nie widzę różnicy. Spowrotem do góry nogami i podczas przewrotu z gardła wyskoczyła resztka żelka wielkości KCIUKA.

Najgorsza w takich akcjach jest niemoc. Chcesz coś zrobić, ale nie wiesz co. Działasz intuicyjnie i z pewnością jesteś mało skuteczny. Ja uświadamiam sobie po raz kolejny,  że marna ze mnie matka, chociaż lubię nią być. No i dzień spędziłam na przeglądaniu filmików różnych fizjologów, co robić w takiej sytuacji. Być może nie będzie Wam to potrzebne, poza tym jest to wiedza nie wystarczająca w trudniejszych przypadkach, ale wkleję co już wiem.

 

  1. Po pierwsze: jeśli dziecko się zakrztusi lub zachłystnie, to dobrym objawem jest kaszel i nie należy tego przerywać. Podczas kaszlu ciało obce jest wykrzuszane.
  2. Po drugie: coś co robi większość matek. Nie potrząsamy dzieckiem.
  3. Po trzecie: co należy zrobić?

Rodzaj ratowania zależy od wieku dziecka. Noworodka musimy pochylić głową w dół, przytrzymać mu szczęka i klepać między łopatkami.

Przy starszych polecana jest taka metoda jak przy dorosłych: stajemy z tyłu i łapiemy w talii. Jedną dłoń zwijamy w pięść i układamy na brzuchu nieco poniżej mostka.  Przykrywamy pięść drugą dłonią i naciskamy szybkim ruchem, skierowanym nieco do góry. I powtarzamy jeśli trzeba. Przećwiczcie to teraz.

śmieszna mała kura

  • Nie jedz ciasta, bo za chwilę obiad.
  • Dlaczego uważasz, że nie dam rady zjeść jeszcze obiadu?
  • Dasz radę. Dasz, dasz.
  • No właśnie. Ja teraz mam metalbolizm jak maratończyk.

Bycie dorosłym ma wiele zalet. Można np. obżerać się poświątecznymi słodkościami nie bojąc się karcenia przez własną matkę. No bo który dorosły nie zje obiadu, jeśli postanowił, że zje?! Ale  nie warto być dorosłym za wszelką cenę

Pojechaliśmy na zakupy do najbliższego malla. Lutka już na jesieni dręczyła mnie, że chce mi coś na urodziny kupić, teraz że potrzebuję coś na wiosnę,  a ja odbijałam tak długo jak sie dało. W końcu więc uległam… Oczywiście sukcesu zakupowego nie było. Weszłam do przymierzalni z jakąś morelową bluzką z falbanami, zobaczyłam w lustrze tłustą białą babę, która chce mierzyć falbanki i się zdenerwowałam. No ale żeby wyjazd nie był taki zupełnie jałowy poszłyśmy z dziewczynami na lody, bo na parterze malla była kawiarnio cukiernia. My z Lutką wzięłyśmy po kawie, a dziewczyny wybrały z dziecięcego menu lodowe przysmaki. Łucja pszczółkę (zbudowaną z biszkoptów i dwóch kolorów gałek), a Lila myszkę: okrągłę biszkopty i truskawkowe gałki. Gdy kelnerka zmierzała w naszą stronę Łucja zauważyła przy sąsiednim stoliku dwie nastolatki które jadły lody w wafelku… I w ostatniej chwili zmieniła zamówienie. Na loda w wafelku. Jedną gałkę w rożku…

Ależ ona potem Lili zazdrościła! :)Namawiałyśmy ją i namawiałyśmy, ale uparciuch się zawzięła. W aucie mówię do niej:

  • Wiesz Łuczku, kolejnym razem jak tu przyjedziemy to ja wezmę sobie wielki deser lodowy. Taki czekoladowy. Babcia też sobie wezmie. Może truskawkowy. Lila może wezmie tego rajdka z lodów. Może Ty też sobie weźmiesz wtedy?
  • Tak.
  • Pszczółkę?
  • Nie. Myszkę.

🙂 Jakby jej było mało tej dorosłości, wieczrem postanowiła sobie umyć zęby pastą miętową, a nie z królewnami. Myła i cierpiała, bo ją szczypało. Więc jej powiedziałam:

  • Wiesz… Jak nikt nie widzi to JA myję zęby Waszą pastą! Bo ona jest dużo smaczniejsza!
  • Tak.

I wypluła tą miętę :)) Na tym zdjęciu niżej, ze Świąt widać jeden z jej pomysłów. Spódniczka jest tyłu na przód, żeby kotek był z przodu. A w kieszonce jest włożona jej pisanka. Która się oczywiście rozbiła :))

Królowie dwaj

Wczoraj były obchody Świętego Wojciecha. Najważniejszego naszego świętego oraz patrona Polski. Patrząc na jego biografię widać, że był to człowiek z ogromnymi ambicjami, wiarą w to co robił i odwagą.

Jak leżałam w szpitalu była ze mną dziewczyna, która postanowiła nazwać swojego synka, swoje pierwsze dziecko: Wojciech. Ponieważ była bardziej praktykująca niż ja, miała już ustaloną datę chrzcin. Na świętego Wojciecha, bo to będzie w drugi dzień świąt.

I tak patrząc wczoraj w szkiełku na te obchody, przetykane informacjami o lanoponiedziałkowych incydentach, zdałam sobie sprawę, że na jednej sali, zaraz po urodzeniu spotkało się dwóch założycieli Polski 🙂 Mieszko i Wojciech.

Zresztą przejrzałam przy okazji dzieje Mieszka, nazywanego też mitycznym Burysławem i pewna jestem, że nie było już NIGDY później TAKIEGO władcy :)) Btw. odkryłam, że Mieszko I miał 3 synów (oraz ilość nieznaną ze związków z 7 pogańskimi żonami, które odprawił jak związał się z Dobrawą). Ci z prawego łoża to: Bolesław, Mieszko i Lambert. Czy wiecie, że rozważałam nadanie Mieszkulcowi drugiego imienia: Lambert? Bo mi pasowało do tej tonacji L, która jest u dziewczyn?!

Lany poniedziałek… niczym u golarza

Jak próbuję to uporządkować, to Lany Poniedziełek zawaliła Lutka. To ona podczas czwartkowych zakupów zablokowała kupno pistoleta na wodę karcącym: „Krzysiu…” Dziewczyny miały więc na wyposażeniu tylko dwa małe plastikowe jajeczka, od których wentylki zgubiły jeszcze przed przyjazdem tatina 😉

Rano do naszych pokoi wparował więc Krzycho z wodą kolońską i szczodrze nas podlał. Wybór płynu to kwestia lenistwa, a nie nonszalancji 😉 Po prostu nie chciało mu się iść do kuchni po jakiś kubeczek :/ Cały dzień próbuję więc to wywietrzyć, ale to jakiś extremly trwały zapach…

Za to po śniadaniu Lutka wygoniła nas nad Ług, żebyśmy pozrywali jej kaczeńcy.

No i pojawił się mały problem, bo żadne z nas nie wiedziało jak ma to to wyglądać. I z palety żółtych kwiatków dostępnych na nadrzecznych łąkach wybraliśmy oczywiście niewłaściwe 😦

Te kaczeńce to mają mieć jakieś większe kwiatki. I okrągłe płatki.

  • Pomyślałbyś kiedyś Łukasz, że będziesz miał trójkę dzieci?
  • Nigdy w życiu! Mi cały czas jest trudno w to uwierzyć! 🙂

I musimy te nasze dziewuchy częściej na przyrodę wyprowadzać, bo jaszczurki wywoływały prawdziwą histerię!

Mieszo podróżował w chuście na klacie taty. Z wózkiem po tych polach nie dało by rady!

I jako bonus dwa zdjęcia 😉 Pierwsze jest z cyklu: Zrób mi Łukasz jakieś ładne zdjęcie. Takie, żebym się sobie podobała i nie miała głupiej miny. Czy jak podnoszę rękę jest lepiej?

I drugie robione chwilę później 😉 Spójrzcie jak stoi bohater drugiego planu, czyli Łucja 🙂 Nasz uważny obserwator :))

Wielkanoc na Roztoczu

Jest coś nieprzyzwoitego w upalnej Wielkanocy… Nie to że narzekam na pogodę, albo że lubię jak Święta są tak zimne, że aż się nie chce iść z koszyczkiem… Ale jak u sąsiadów w ogródku zalegają białe ciała w bikini, a przed kościołem słychać pogawędki o grillu, to przyznacie sami, że średnio to świąteczne…

Dlatego też ruszyliśmy rodzinnie na Roztocze! Tam klimat Świąt jest zawsze!

Wpierw posililiśmy się jednak Święconką 😉

I korzystając z dobrego światła zrobiliśmy sobie mnóstwo zdjęć. Mąż, to to na fejsbuka właśnie? ;p

Jak dotarliśmy do wujostwa okazało się, że konieczne jest dopompowanie kółek w wózku:

Co też zrobiliśmy…

Potem można było ruszyć na spacer! Aha, w międzyczasie Mieszo usnął. A właściwie to uśpiła go babcia i słynące z usypiających właściwości powietrze.

Pierwsze kroki skierowaliśmy pod pomnik chrząszcza.

Aha Nr 2. Gdzieś tam wcześniej dziewczyny odwiedził zajączek 😉

No a potem poszliśmy nad Wieprz. Bo aha Nr 3, to byliśmy po ogromnym i pysznym śniadaniu i przed ogromnym i pysznym obiadem!

Rzeki połyskujący kawałek po lewej widać.

Można było potargać mamę:

Albo umyć ręce w źródełku:

Btw. ta chata jest do kupienia 😉

A na koniec załapaliśmy się na prawosławny Wieczernik w cerkwi 🙂

I tu pojawił się mały problem, bo nasz element artystyczny, czyli Diabli powiedział, że w cerkwi jest przepięknie i chce pobyć do końca mszy… My więc byczyłyśmy się na zewnątrz! 🙂

Gniazdka dla króliczka, w którym może wylądować bocian!

za Akaszą 🙂)

Prawda jakie ładne zdanie? Nie będę Wam sugerować* jak można je zrozumieć. Bo u nas w domu każdy je rozumie po innemu. Wy też  zapytajcie podczas Świąt Waszych bliskich co to może znaczyć 😉

WESOŁEGO JAJECZKA! 😀

Do nas dziś rano dojechał Diabli, dowiózł górę letnich ubrań i skomplementował, że nareszcie mam krótkie włosy 🙂 Odświętni i odpicowani ruszmy więc zaraz ze święconką! 🙂

*Ja np. je rozumiem jako wielkie gniazdko, w którym mogą się zmieścić wszystkie prezenty jakie dostajemy.

W męskim stroju najgorsze są czarne zmechacone skarpetki

Diabli

Lubię te moje dzieci w nowej bieliźnie. Nie powyciąganych rajstopkach, nie spranych podkoszulkach i nie dziedziczonych bodziakach. Dlatego też pierwsze kroki po przyjeździe do miasta rowerów skierowałam do (nie bójmy się tego słowa 😉 Tesco. Kupiłam mu dwa multipaki bodziaków ze smokami i tak mi się w nich podoba, że mogę go dosłownie co chwilę przebierać 🙂

Dziewczyny (pochwalę się btw. że Łucja przed chwilą rozwiązała krzyżówkę!) tymczasem męczą babcię o małe kotki. Byliśmy w Zamościu w knajpie, gdzie w podgrzewam akwarium były małe kurczaczki. Zresztą tak dobrane, by były tylko żółte (bo one przecież mogą być szare, albo brązowawe). I dziewczyny spędziły przy tym akwarium dłuuugie chwile… Więc przechodzą teraz fazę na małe zwierzątka…

I Mieszo porannie „oklepywany” przez babcię 😀

Fokstroty na rentgenach

Mam słabość do musicali. Ale nie do takich, gdzie aktorzy śpiewają do siebie swoje kwestie, ale bardziej filmów z klimatami mtv. Pierwszy, który mnie tak zaczarował to było Natural Born Killers. Ależ ja o ten film toczyłam boje z bratem! Dla niego był to gloryfikacja patologii i przestępczości, a dla mnie pokaz sztuki przetrwania i zdolności adaptacyjnych. Dwa razy poszłam na to do kina! Potem było Romeo i Julia. To samo. Piękny film o miłości i ideałach. Bez „śpiewnych” wstawek to nie było by to! Później były kolejne filmy,ale one nie wydały mi się takie przełomowe… Slumdoga napewno pamiętacie wszyscy. Czy bez muzyki to byłby ten sam film?

Wczoraj korzystając z tego, że Lutka wybyła na jakąś kolację z Azjatami, odpaliliśmy z Krzychem „Stiliagi„. Mój podchoinkowy prezent dla niego. Wooowww!!! Ależ mi się podobało! 🙂 Nie jako film fabularny, ale bardziej jako widowisko. NIE WIEM… który moment był NAJ…. Chyba ten gdy Mel i Polza są razem. Zato Krzycha NAJ był jak wyrzucali Mela z partii (a właściwie Komsomołu). Dla niego to była współczesna wersja ściany Flyodów. No cóż… odrzucona kobieta jest najgorszym z możliwych przeciwników…

Chcecie to sobie poklikajcie. Ale polecam obejrzeć cały film o „muzyce na kościach” 😉 Tak ją nazywano bo płyty amatorsko tłoczono na rentenowskich zdjęciach.  Na zachętę wklejem tu jedną z piosenek. Jak Mel gra na „saxie” :))