Miałam ostatnio przez chwilę do czynienia z dziewczynką wychowywaną w świecie dorosłych. Jedyne dziecko w rodzinie, niby chodzące do przedszkola, ale nie za często, bo choruje. Rówieśniczka Łucji, która jest zupełnie na innym pułapie. Czyta, pisze i zupełnie nie potrafi się bawić z dziećmi. To nawet logiczne: zabawa z dorosłym jest ciekawsza. Dorosły ma lepsze pomysły i prędzej będzie wiedział, że coś się zaczyna nudzić. A dzieci stale eksperymentują. Pobawmy się w to! A nie… To jest głupie…. Bawmy się w coś innego! Merytorycznie nie mogę się do niczego przyczepić. Dziewczynka była grzeczna, bardzo ładnie mówiła, miała świetne maniery, ale przez ten brak umiejętności komunikacji z dziewczynami, była strasznie męcząca. Nie ciekawiło ją ani kolorowanie, ani budowanie z koców i poduszek legowisk, ani nawet rozmowa o fekaliach z Lilą 🙂
Odetchnęłam z ulgą jak poszła do domu. I mam wrażenie, że dziewczyny też. Dobrze mi z nimi, jak one są takie jakie są.
<><>
Zjadłam w nocy kurczaka. Właściwie nie kurczaka, ale kawałki maczane w tym wytopionym tłuszczu. Jakoś tak mnie naszło… No i rósł mi potem w brzuchu ten tłuszcz. Zwierzyłam się mężowi:
- Niedobrze mi po tym kurczaku… Co mi przyszło do głowy, żeby jeść ten tłuszcz?
- Wyrzygaj się.
- Ale jak?
- Musisz ten języczek w gardle pomerdać i potem pójdzie.
- Mówisz poważnie?
- Tak. Zrób to.
- Serio?
- Poczujesz się lepiej. Gdybyś miała długie włosy, to bym Ci je potrzymał.
Zrobimy mały skok w czasie, w którym nie powiem Wam co się działo… Ciąg dalszy rozmowy z mężem. Ja:
- Niezmiennie zdumiewa mnie bogactwo Twoich doświadczeń.
- Nigdy nie rzygałaś?
- Nie. Ale…
- Czasem trzeba.
- Tak, ale nie o to chodzi. Chodzi o kobiety.
- Aaaa… Najgorsze, że one po tym czują przypływ miłości do Ciebie. A przecież są spalone ;))
