Postanowiłam kupić Mieszkowi album. Taki prawdziwy: duży, z kredowymi kartkami przekładanymi pergaminem. Będzie można wkładać do niego jego pierwsze zdjęcia wywołane w większych formatach. Dziewczyny takie mają i lubią do nich zaglądać. My z bratem też takie mieliśmy i była to wielka relikwia naszego dzieciństwa.
No, ale takich albumów nie ma w supermarkecie więc postanowiłam pojechać do fotografa. I przy okazji ułożyłam sobie całą trasę: Fotograf-Rossman (bo jest tuż obok)-Bankomat (bo trzeba zapłacić za zajęcia dodatkowe Łucji)-Pralnia- Przedszkole. Rossman wypadł od razu, bo nie wiadomo jak tam bym się miała z Mieszkiem przemieszczać, a ponieważ wystartowałam z domu za późno, wymyśliłam, że najpierw odbiorę Łucję, a potem wszyscy razem zrealizujemy całość…
Po drodze się okazało, że jadę na oparach, więc punkt Nr 1, powinien być stacją benzynową. Podjechaliśmy. Łucja, wyedukowana w tej kwestii przez Diabla, podczas ich sobotnich wypraw na basen, zapytała:
- Czy kupimy hot-dogi?
- Ale na tej stacji chyba nie ma hot-dogów.
- A mogę pójść z Tobą płacić?
- Yyyyy… Tak.
Ruszyłyśmy wszystkie trzy. Miecho kulturalnie spał dalej w foteliku w aucie. Hot dogi oczywiście były. Łucja bezgłośnie pokazała mi je palcem.
- Benzyna z siódemki i dwa hot dogi z parówką.
- Jest tylko jedna parówka. Z kabanosem są bardzo dobre.
- Nie… To jeden w takim razie tylko.
I pochyliłam się do Łucji:
- Podzielisz się z Lilą?
Kiwnęła głową. Potem się okazało, że pani nie ma noża, żeby podzielić, ale rozłamałam w palcach, włożyłyśmy to dwóch hot dogowych kartoników i dziewczyny zaczęły jeść. Lila za parówką nie przepada, więc ona dostała ten kraniec ze skórką i krótszą parówką.
Kolejny na trasie był fotograf. Tym raz Mieszko w foteliku kołysząc się „poszedł” z nami. Zaparkowałam go koło lustra i wyłuszczam fotografowi o co kaman. Dziewczyny po moich bokach. Album za albumem:
Kolejny na trasie był fotograf. Tym raz Mieszko w foteliku kołysząc się „poszedł” z nami. Zaparkowałam go koło lustra i wyłuszczam fotografowi o co kaman. Dziewczyny po moich bokach. Album za albumem:
- Mam jeszcze takie, one są troszkę mniejsze.
- A taki jak ten, ale nie różowy?
- Nie będzie… Ten niebieski jest podobny.
- Ja nie bardzo lubię te okienka.
- To może taki? Chociaż te to niemieckie walthery i to jest zupełnie inna klasa albumów. Proszę zobaczyć, tu mam taki rozpakowany.
- Mhm… Ładny.
Oglądam, odkładam, a on mi pokazuje mi coś pomiędzy tymi ekskluzywnymi albumami. I mówi:
- Parówka.
- Rzeczywiście. Skąd ona się tu wzięła?
- Dziecko.
- Moje?
- Tak.
- Które?
- Nie wiem…
- Lilu, to Twoja paróweczka?
Lila nie odpowiedziała 🙂 Wzięłam więc paróweczkę w rękę i zjadłam sama. A potem kupiłam album. Niebieski 🙂
