- Pokazać Wam co się nauczyłem robić? – zapytał Mieszko sióstr, po czym otworzył buzię i wykonał kombinację z językiem – FALBANKĘ.
- Oooo, nieźle Mieszko. Ja nie mogę wyjść z rurki – odpowiedziała mu Łucja.
- Jak umiesz rurkę, to zrobisz też falbankę.
- A wiecie, czego ja się nauczyłam kiedyś w sanatorium? – kontynuowała najstarsza siostra – Podnosić JEDNĄ brew. Przed tymi lustrami podczas ćwiczeń!
- A ja nawet rurki nie potrafię! – pożaliła się na to Lila.
Żebyśmy mieli jasność. I brew i falbankę JA potrafię zrobić, więc GENETYCZNIE powinni dać radę!
Strasznie męczący był dzisiejszy dzień. Łucja spóźniła się do fryzjerki i ta JUŻ była zajęta, pada tak bardzo, że co wyjdę, to cały zestaw odzieży mokry, robota zakończyła mi się dopiero teraz (18-sta), a jeszcze chcemy dziś dotrzeć do Mieszka! Gość tam czeka na nas i JEDZENIE, ORAZ odnosi jak widać SUKCESY z własnym ciałem. Równolegle przepaliły mi się światła mijania i to tak cudownie, że TRZY sztuki od razu (??!!), a w warsztacie przyjmą mnie dopiero na początku listopada! Na jutro zaprasza mnie jedna znajoma i nawet przysłała fotkę swojego pięknego psa, ale tak mnie ostatnio przeczołguje rzeczywistość, że chyba wolę posiedzieć w domu. Niemniej jednak nie martwcie się! Żyję w głębokim przeświadczeniu, że zanim wydarzy się coś dobrego, musi się trochę spraw napiąć i zawalić. Na tym polega życiowa równowaga.




















