to po prostu dobry kierunek

  • Jestem taka zmęczona, że wszędzie widzę influ – poskarżyła się Liliana na lotnisku w dniu naszego wylotu.
  • W sensie NAS?- zapytałam, ale mnie zignorowano…
  • Tamten typ to Przekosa. Tu wszyscy są – mruknął Mieszko i potem Lilka przejrzała sieć i okazało się, że rzeczywiście to cała ekipa!

Bardzo mnie to ucieszyło, bo Mieszko był taki „umiarkowanie” dumny z tej naszej destynacji, a na lotnisku okazało się, że w naszym (opóźnionym) samolocie leci duża grupa ludzi, których on z netu kojarzy! Mało tego, na miejscu okazało się (po szybkim reaserchu w necie), że jest takich osób (dokładnie w tym samym czasie co my- w Albanii) dużo więcej!

A wylot z Polski mieliśmy opóźniony potężnie, co przeżywali wszyscy. Lecieć mieliśmy o 17-stej i tak co godzinę przychodził esemes, że przesuwają. Po dwóch godzinach dostaliśmy vouchery na jedzenie do realizacji na lotnisku a po trzech kolejne kupony na wyższą kwotę! Nie byliśmy już wtedy głodni, więc nakupowaliśmy takich bzdur jak ptasie mleczko i lemoniady (trzeba je było zrealizować na produkty żywnościowe), a jak już w końcu ogłosili, że lecimy, wszyscy zaczęli krzyczeć i klaskać. W sumie było to bardzo fajna przygoda, tylko, że ta sześciogodzinna obsuwa czasowa nieco nam komplikowała….

Już miesiąc wcześniej zarezerwowałam auto. Wariantów było kilka, bo to był ten element najtrudniejszy. W którymś momencie wymyśliłam, że pierwszą noc spędzimy w samej Tiranie, tuż przy wypożyczalni i wynajem rozpocznę dopiero od kolejnego dnia, ale koniec końców wybrałam wariant z wynajmem od razu na lotnisku. Tylko, że jak w KOŃCU, dolecieliśmy, nasza wypożyczalnia, w której wpłaciłam kaucję, była zamknięta! Bo pracowali tylko do 23-ciej! Dojazd do hotelu i powrót kolejnego dnia na lotnisko się nie opłacał, bo kwota za ubera tam i z powrotem wychodziła wyższa niż ta kaucja, wiec po prostu wypożyczyłam auto w innej wypożyczalni. Było to bardzo dobre, bo wypożyczyliśmy TANIEJ i auto mieliśmy lepsze!

Robią się prania, ja sprzątam, bo jakoś mój domek wydaje mi się brudny, Lilka dziś ma odczulanie, a Łucja rozpoczęła jazdy (jazdy prawa jazdy)! Emocjonujące!

Ach, te Bałkany!

  • Synu, ale cieszysz się, że jedziemy do Albanii?
  • No nie wiem. W moim świecie Albania jest memem.

I co ktoś usłyszał o naszym planie mówił coś w stylu: A nie wolicie do Grecji? Bułgaria ma też ładne plaże! LECZ ja już wiedziałam, że to będzie strzał w dziesiątkę 🙂 Proces wybierania był długi. Wiedziałam, że ma być CIEPŁE morze, ale wiedziałam też, że nie dam rady jechać autem tak długo i przeglądałam ceny biletów lotniczych. Ranking najpiękniejszych plaż? Wygrywa Albania, ale qrcze tam nie ma transportu miejskiego… Może Bułgaria? Tyle, że tam są piaszczyste plaże, a ja chciałam skałki, żeby ponurkować. Północna Bułgaria przy granicy z Turcją jest obiecująca, tylko trzeba by tam auto wynająć… Może więc Grecja? Tu damy radę bez auta, tylko czy Grecja nie jest za droga? A może jednak ta Albania? Po każdej takiej volcie odrywałam się od komputera i zgłaszałam projekt dzieciom. W końcu Łucja powiedziała: POWIEDZ nam GDZIE, jak JUŻ się w KOŃCU zdecydujesz.

I zdecydowałam! Największe obawy budził transport, bo wyjazd związany był z wynajmem auta, a tego jeszcze NIE przerabialiśmy. I było grubo. Kierowcy mają tam prawo jazdy od 91 roku, kierunkowskazów nie używa nikt, a na rondach każdy jedzie tak jak ma ochotę. Są górskie serpentyny, ale to i tak nic przy drogach, na których mieści się JEDNO auto (masz 40 centymetrowe krawężniki chroniące Cię przed przepaścią) i co 500 metrów zatoczkę w której możesz się schować by się minąć. Droga jest oczywiście pokręcona, więc nie wiesz KIEDY ktoś Ci wyjedzie. I ja na TAKIEJ drodze spotkałam autobus. I cofałam te 500 metrów i pomagali mi inni kierowcy i na koniec (bo miałam otwarte okno) jeden Albańczyk wsadził mi ręce do auta i złapał za kierownicę mówiąc: I will help you. Don’t listen to the car! (bo czujniki parkowania krzyczały cały czas). I wprowadził mnie w tę zatoczkę, gdzie były już ściśnięte trzy inne auta (bo to mini zatoczki są). Jak ten autobus mnie minął to wszyscy w środku bili mi brawa 😀 Plusem okazało się natomiast otwarcie tunelu pod odcinkiem, który mnie przerażał najbardziej. Paseo de Llogara, to godzinne serpentyny nad przepaścią i akurat piątego lipca (!!!) otworzono tunel omijający najbardziej niebezpieczny fragment.

Noclegi mieliśmy trzy. Pierwszy był hotel w Durres, na trasie prowadzącej na nasze kempingi. Było zamieszanie, bo samolot się opóźnił i zamiast być w Tiranie o 19-stej, byliśmy o drugiej w nocy (ale o tym jutro) i miał to być taki nasz hotel tranzytowy. I tak też się stało, tylko, że zamiast o 19:30 byliśmy tam około trzeciej w nocy…

A potem już były kempingi. Byłam całkowicie pewna, że chcę na nich spać, bo NIE podobały mi się kwatery w miastach. Zresztą albańskie miasta są dość głośne, a ja chciałam tak bliżej natury. Kempingi są w wersji, że namiot już stoi, masz tam materac (grubą gąbkę) i na nim jest świeża pościel. Idealnie.

By się do dostać na pierwszy kemping trzeba było zejść stromym zboczem – to był ostatni raz kiedy się pomalowałam i nałożyłam biustonosz. Czterdzieści stopni było non stop i ja pociłam się wszędzie. Gdybym chciała użyć dezodorantu to było by, NIE tylko pachy i czoło, lecz CAŁE ciało.

Niemniej jednej ten nasz pierwszy kemping to było miejsce zjawiskowe. Coś jak rajska plaża albo ostatnie schronienie ludzkości. Namioty poustawiane pod drzewami granatów lub drzewkami oliwkowymi. Samowystarczalna oaza z wodą nagrzewaną przez słońce, z knajpą serwującą grillowane owoce morza (półmisek dla dwóch, albo półmisek dla czterech osób), bez Internetu i prądu. Tzn. były panele, które zasilały pralki, w których prane były pościele do namiotów, które schładzały lodówkę i dawały prąd właścicielowi, który miał laptopa. Miał też krótkie wi-fi, które działało przy barze, dlatego Mieszko często u baru siadywał. Przypływały tam łodzie z turystami, ale rano i wieczorem cała przestrzeń była tylko dla kampowiczów. Raz dziennie w górę piął się jeep (który raz po raz zawisał w próżni), by zabrać z plaży śmieci. Zjeżdżał później powoli w dół zwożąc wody mineralne, gazowane napoje, kubły jogurtu z którego robiono tzaziki do baru oraz papier toaletowy.

Kolejny kemping był również przewspaniały. 30 lat temu spałam we Włoszech na kempingu na skalnych półkach. Próbowałam go później znaleźć i mi się NIE udało i ten był podobny choć LEPSZY. Przy wejściu młoda żona właściciela serwowała posiłki. Np. od 20-stej, do 23-ciej była kolacja. Trzydaniowa. Mięso lub ryba, zupa i sałatka. Płaciłeś i ona dzwonkiem dzwoniła, gdy było gotowe. Po środku kempingu była kuchnia, gdzie zawsze było tłoczno, bo dużo ludzi samo gotowało (jedzenie było tam przepyszne, ale o tym jeszcze później). Były prysznice z gorącą wodą i kempingowy piesek. No i długimi schodkami szło się do miasta, które też było klimatyczne.

Będzie jeszcze o tym wyjeździe dużo, więc na razie tylko kilka fotek. Dla nas Albania jest do powtórki. I to może już za rok jako stałe wakacyjne miejsce. Nie było tam nic co może Was złościć w turystyce: zapchanych knajp, nieprzyjaznych ludzi, parkometrów, znudzonych kelnerów, nieświeżego jedzenia, naciągactwa czy nieprzyjaznej policji. Mieliśmy wspaniałą pogodę, niewiarygodne morze, desery gratis od kucharza jeśli pojawiliśmy w danej knajpie ponownie i dużo życzliwości od absolutnie wszystkich.

Roleczki:

  • Pierwszy kemping na dzikiej plaży
  • Druga kemping na skalnych półkach
  • Albania-ogólnie
  • Śniadanie – po prostu śniadanie
  • Wynajem auta – to była niezła historia. Nie mogliśmy skorzystać z wypożyczalni gdzie miałam rezerwację, bo była czynna do 23-ciej, a my jak napisałam wyżej byliśmy w Albanii o 2 w nocy. Poeszłam więc do innej, bo bardziej opłacało mi się olać kaucję niż wynajmować ubera do hotelu (wynajmy są na lotnisku). I gość mi dał nowego wv, prosto z myjni i nie zamroził mi środków na karcie! Spojrzał na prawo jazdy, wpisał, że wynajmuje JUSTYNA, zapłaciłam za tydzień GOTÓWKĄ i dał mi kluczyki!!! To było do tego stopnia absurdalne, że ja nie potrafiłam otworzyć bagażnika w tym polo i zatrzymywałam innego kierowcę na ulicy, bo mi piszaczało, że mam otwarty bagażnik (tamten mi wstawił bagaż), a ja nie wiedziałam jak OTWORZYĆ!! Jedyne co krzyknęłam za nim gdy odchodził do wypożyczalni było: FUEL policy? I on mi odkrzyknął: Same-same!
  • Powrót do Polski

Tura III

  • Mamo, a wiesz, że nie będziemy mieć parkingu?
  • Jak to Łucja? Skąd wiesz?? Aż sprawdzę…
  • Kocham Cie bardzo mamo, ale jak możesz nie sprawdzać wcześniej takich rzeczy?
  • Do głowy mi to nie przyszło! „Yes there is parking uphill. You will have to walk downhill aprox 30 minutes to the beach where the camp is”… Co??? A prąd mamy??
  • Jest w jednym miejscu i tam można skorzystać… Technicznie rzecz biorąc, wjechać można autami, ale tylko z napędem na 4 koła i wypożyczalnie nie wydają zgody na jazdę po nieutwardzonych drogach. Potem to na GPS będzie widać.
  • Nie będziemy mieć takiego auta. I nie będziemy tak ryzykować. Jest zdjęcie tej drogi. Piasek nad klifem… Nie ma takiej opcji bym na to wjechała.
  • A może weźmiemy kabel?
  • Lila, na co nam kabel?? a) Mamy bagaż rejestrowany, b) nie mamy pojęcia jak daleko będziemy od miejsca z prądem…
  • Dlaczego Ty nie czytasz tego co napisali inni ludzie?
  • Łucja, po prostu bardzo chciałam się zatrzymać w takim miejscu. I na wybrzeżu są tylko trzy takie miejsca. To trzecie było najfajniejsze, ale za daleko na południe wiec od razu odpadło…

No dobra. Zbieramy się, bo za kilka godzin zaczynamy kolejną wakacyjną turę. Zwierzaki jeszcze nie ogarnięte, ale zaraz zaczniemy ze wszystkim przyspieszać. Tym razem wchodzimy na jeszcze wyższy poziom challenge-u, bo na miejscu będziemy wypożyczać samochód. Kombinowałam jak tego uniknąć i nie da się. Pisałam do wypożyczalni aut wczoraj: Do you have dacia? I usually drive dacia dokker, ale odpisali, że NIE!!! Jest jeszcze kilka zagadkowych wątków naszego wyjazdu, ale cóż to by był za wyjazd, gdyby wszystko było elegancko dopięte. Wracamy za tydzień, czyli relacja z wyprawy w przyszły czwartek!

Rekreacyjnie pokażę Wam JAGODOWĄ pizzę, na której były wczoraj dzieci. Panny powiedziały, że była zaskakująco dobra, ale Mieszko zamówił sobie jednak ZWYKŁĄ. Polska jagodami stoi!😁

gorące lipcowe w samo południe

  • Lila, pomalować Ci paznokcie u nóg? Zobacz jakie moje są ładne!
  • Lubię takie jakie mam.
  • A mogę je przynajmniej pokryć bezbarwnym? On ma taki mega połysk.
  • Możesz mamo.
  • Mieszko, a Tobie mogę pomalować?
  • Po co?
  • Będą tak ładniej wyglądać. Zdrowiej.
  • Możesz.
  • Ale Ty masz dobrze z tymi siostrami, że zabierają się ciągle na te luncze. Ciekawe co to będzie ta jagodo-pizza. Przyślecie mi jakąś fotkę?

Dzień organizacyjny! Rano byłam w Mieszkiem u fryzjera, po drodze zajrzeliśmy do kantoru, a teraz towarzystwo pojechało na luncz. DOBRZE. JA na obiad zjem jaglankę i temat będzie ogarnięty. Z samego rana udało nam się ZA TO w końcu uruchomić telefon Lilki. Od dwóch miesięcy próbowałam go przenieść do innego operatora, żeby miała abonament i był z tym bardzo duże problemy, by zachowała swój obecny numer. Zbiegło to się w czasie z awarią telefonu i panna potraciła wszystkie aplikacje, które były z jej dotychczasowym numerem powiązane. Było to skomplikowane, ale od kilku godzin wszystko nareszcie działa!

„Siri, wygeneruj Mieszka.” JA z Lilką weszłam do sklepu po krem z filtrem, a on woli znosi jajo pod sklepem niż wejść do środka!

Czas ma to do siebie, że wszystko spina w jednym miejscu.

-Łasuch, Netflix, mój i Lilki nowy serial

  • Zanim cokolwiek zrobicie, chciałam Wam zaprezentować dwa NOWE elementy naszego domu – ogłosiłam dzieciom w piątek – Po pierwsze krajalnica. Co z nią się zmieniło?
  • Jest nowa?
  • Bardzo dobrze Łucja. I wygląda identycznie jak poprzednia, tylko, że ma DUŻO większą moc. Tamta miała 200, a na końcówce może 100. Ta ma 300. Tutaj trzeba być skupionym.
  • Słyszysz Mieszko? Żadnego grania na telefonie jak kroisz chleb!
  • Dziękuję Łuczynko. Druga sprawa, to w górnej łazience koło sedesu jest kolekcja różnych środków. TAK ma zostać, bo walczę od od tygodnia z kamieniem. Jutro zakładam, że skończę.

I WROGA pokonałam! Mamy BARDZO twardą wodę, ten kamień tworzy się błyskawicznie i jest obrzydliwy. Octem, sodą i specjalistycznymi środkami. Lśni teraz nasza łazienka niewiarygodnie!

Poniedziałek. Ja zaczynam urlop, bo w środę ruszamy na wakacje! I dużo się dzieje. Byłyśmy dziś rano w banku Lilki, bo w związku z awarią jej telefonu (naprawiłam go jej pod koniec czerwca) panna znowu musiała zainstalować sobie bankową aplikację i miałyśmy z tym problem. Byliśmy też w szkole Łucji po jedno zaświadczenie i mieliśmy je zawieźć do notariusza, ale po drodze rozwalił mi się klapek! Na szczęście to moje idealne klapki i od kilku lat kupuję takie SAME. I okazuje się, że rok temu rozwaliłam TAKI sam, tylko, że prawy. Przezornie WTEDY lewego nie wywaliłam, więc teraz mam komplet (odblokowany najwyższy poziom cebulowania)!

Dziś powinnam jeszcze wydrukować większość wakacyjnych potwierdzeń, bo wiele razy okazywało się, że warto je mieć. Nie wiem co zrobić na obiad… Łucja dziś spotyka się z koleżanką, Mieszkowi kupiłam kawałek pizzy na mieście (on jeździ z nami z tymi sprawunkami, bo tylko tak odciągam go od kompa), czyli muszę wymyślić coś dla mnie i Lili.

Leniwość niedzielowość

  • Mieszko, złaź na dół!!! Pomożesz mi zrobić śniadanie!
  • Po co?
  • Bo to Ty miałeś ochotę na tosty francuskie. Widziałeś, że Trump został postrzelony?
  • Widziałem memy.
  • Twój Internet widzę, że jest szybszy niż mój.

Niedziela. Spotkaliśmy się dziś z dziadkami. W knajpie, bo dziadki wróciły z turnusu wypoczynkowego w Kołobrzegu (wyjazd się udał i mają plan jeździć co roku – wspaniale!). Tu roleczka ze spotkania. Z dziadkami pogadaliśmy o ich wakacjach, no i głównym motywie dzisiejszego dnia, czyli zamachu na Trumpa. Lutka ma rację, że to fatalna akcja, bo on może to wykorzystać w kampanii wyborczej i zrobi z siebie męczennika i bohatera. Zgadza się z tym Łucja która sądzi, że on pociągnie wątek analogii z JFK jako jedynego słusznego prezydenta. W tle mieliśmy dużo chińskiego jedzenia, w jednej sali obchodzono 18-stkę, a na licznych telewizorach były transmisje chińskich programów, gdzie też w kółko leciała ta jedna informacja.

Z samego rana wpadł przed wyjazdem do Dojczlandu Diabli. Pożegnać się z dzieciakami i pożyczyć styropianowe pudło. Odkryłam wtedy, że z boku ma napisane BRUDAS. To DZIECI mu napisały – takie są wredne!

Coś dla zapylaczy

Zasadziłam przed domem kwiaty. Donica, która pełniła funkcję kwiatowo-dekoracyjną jest co prawda zajęta przez wybujałą miętę, ale jak szłam przez rynek i trafiłam na gościa, u którego co roku kupowałam kwiaty przed dom, to WZIĘŁAM. Plus dziś pojechałam jeszcze z Mieszkiem do ogrodniczego po korę i doszły te małe białe pelargonie, więc kwiatowy bufet dla pszczół jest gotowy!

Piorę, prasuję, pokłóciłam się kilka razy z Lilianą, a potem na zgodę zrobiłyśmy zgodnie eksperymentalną panna cottę. W nocy były burze, więc rano jak się rozpędziłam na bieganiu, to zamiast tradycyjnych pięciu, zrobiłam aż 6 km, więc teraz jestem bez sił…

PONADTO dochodzę do wniosku, że bycie rodzicem jest strasznie zajmujące. Zapomniałam przez te trzy tygodnie, że człowiek może być ciągle tak zaabsorbowany. 🪇

Szwedzi są zdecydowanie przystojniejsi niż Duńczycy

-dziewczyny

Mam, wrócili! Zadowoleni i wypoczęci. Zakodowane miałam, że będę jutro wieczorem, ale już są. Okej. Już byłam na rynku, mamy CO jeść, chociaż dzisiaj o jedzenie nie muszę się martwić. Łucja pognała do Matiego, bo on w niedzielę jedzie z mamą do Włoch, więc mają TYLKO dwa dni by się sobą nacieszyć, a Mieszko pojechał na spotkanie z kumplem. Jego najlepszy przyjaciel się wyprowadził na drugi koniec aglomeracji i mają spotkanie po środku. Dzisiaj Dzień Kebaba, jutro Dzień Frytek, więc powód jest dobry.

Wysłuchuję teraz historii o ich przygodach, które opowiada mi Lilka, zaraz może sobie poprasujemy, bo rzeczy mają wyprane, lecz niewyprasowane. Jeżdżąc transportem publicznym odkryłam, że frakcja nieprasowaczy rośnie w liczbę i siłę, a jednak WYPRASOWANE outfity wyglądają nieporównywalnie lepiej. I w segmencie t-shirtów różnica jest gigantyczna! A, panny miały swoje historie z których najlepsza była z okresu duńskiego. Na tych wydmach były domki/przyczepy w których mieszkały rodziny z dziećmi. I w jednej mieszkał blond NASTOLATEK, który nie mógł się zdecydować, KTÓRA podoba mu się bardziej, więc podrywał obie panny.To było bardzo śmieszne, a drugi cykl śmiesznych opowieści dotyczył Mieszka, który jak to Mieszko jest wiecznie nieprzytomny. I było tak, że w Szwecji przy kupowaniu klopsików zapytano go: Where are you from? I młody odpowiedział: Meatballs and fries 😀

Mix fotek z aparatu dziewczyn:

Ciastka z owocami!

Bycie poza domem ma jedną niezaprzeczalną zaletą, że NIE masz co tam robić. W domu jak siądziesz to zaraz się zrywasz, że JESZCZE coś tam można ogarnąć. A tak, jak pojechałam do dziadków zająć się ich kotkiem, to większość wczorajszego wieczoru spędziłam łażąc po ogródku. Nieroztropnie tylko włączyłam sobie po zmierzchu (a to jak wiemy oznacza, o tej porze roku, bardzo późno) serial i ogólnie się znowu nie wyspałam. Kotek ma się dobrze, CHOCIAŻ odwalił te same widowisko, w jakim grywają wszystkie kocury, które na chwilę zostawiono same: Właściwie to zdecydowałem, że zostanę bezdomnym kotem, więc nie wiem czy chcę mieć z Tobą coś do czynienia. Chociaż skoro masz saszety, to jeszcze TO rozważę.

Gorąc cd, choć alerty pogodowe sygnalizują na dziś niemalże tornada. Widzieliście szum wokół malinianek? Z jagodziankami sprawa jest prosta- to szał, który trwa od kilku lat i doczekaliśmy się nawet Dnia Jagodzianki (2 lipca), ale oto, w tym roku, weszły malinianki! Z kremami i górą malin! Po te najlepsze czeka się w godzinnych kolejkach, ale nam zdarza się stać po desery prawie godzinę (mamy takie miejsce, gdzie zawsze tak się to kończy), więc i malinianki trzeba przetestować! Pochwalę się Wam też, że są już polskie jabłka i robiłam nawet z nimi już ciasto! Ciasto jest typu ciasto (mi one zawsze bardziej kruche niż biszkoptowe wychodzi) – jak już tak ciut podrośnie, to otwieram piekarnik i wbijam w nie pokrojone w ósemki jabłka. Gęsto! Wciskam te jabłka tyle ile wejdzie. Bardzo dobre to wychodzi!

Test klopsików

Tak mi wczoraj pękała głowa, że dziś do pracy pojechałam autem. To absolutnie nieekonomiczne, ale jednak nieporównywalnie bardziej komfortowe. Tak mnie zmęczył ten upał, że myślałam, że głowa to mi odpadnie, bo NIC nie pomagało na to „ćmienie” co mnie męczyło.

Przeglądam sobie teraz wyniki matur i z zadowoleniem odkryłam, że obie szkoły, do których chodzą dziewczyny, mają świetne wyniki. Zdecydowanie wyższe niż średnia krajowa, wyższe niż średnia miasta i dzielnicy. Zdawalność też jest wysoka, bo ok 97-98%, co oznacza, że jesienną poprawkę w ich placówkach będzie miało tylko dwóch-trzech uczniów. Wyszła zresztą śmieszna akcja, bo coś tam wpisałam na fanpejdżu jednej z tych szkół i zadzwoniła do mnie sąsiadka, co mnie z tą szkołą łączy? Mówię, że Lilka tam chodzi, a ona na to, że przepracowała tam 16 lat i ci nauczyciele z tej starej ekipy są zawsze u niej na urodzinach. Ona ma je w lecie, robi takie huczne party w ogródku, więc już napisałam do Lilki, że gdyby chciała posiedzieć ze swoja wychowawczynią przy grillu, to za 3 tygodnie będzie taka okazja 🫅

Towarzystwo już powoli myśli o powrocie, ja przyspieszam ze sprzątaniem (tak bardzo chciałam do budowlanego zdążyć po farbę, ale TO akurat chyba muszę odpuścić) i przedwczoraj skosiłam trawę tworząc do tego ŚMIESZNĄ rolkę.

Trzy widoczki od dzieciaków! Mówią, że ładna ta Szwecja, bo taka idealnie czysta i aesthetic (odwiedzili również tamtejszy szwedzki sklepi by porównać jakość klopsików). Stolica Danii wydała im się natomiast podobna do… Krakowa!