Miody

  • W czym się pije miód?
  • Myślę Łucja, że w takich małych kieliszeczkach jak porto.
  • Czyli taki szoty?
  • No, nie. Szoty walisz na raz, a porto pijesz małymi łyczkami.
  • A dziadki mają takie szklaneczki?
  • Na pewno. Ewentualnie można, chyba, też go pić w takich małych kieliszkach na wysokiej nóżce. Jak nalewki.

Na Zamku Czocha kupiliśmy miód. Pitny (btw. na zamku w Grodźcu kupiliśmy także miód- miód). Ale na zamku Czocha był gość, który miał miody pitne. Podeszłyśmy do niego z Łucją, żeby panna (pełnoletnia wtedy od dwóch dni) wybrała TEN, który jej posmakuje najbardziej. Gość miał różne miody, nalewał je do takich mikro kieliszeczków, ja (wiadomo) kierowca, więc nie mogłam próbować, lecz Łucja MOGŁA. Odrzuciła miód z jagodą kamczacką, odrzuciła taki bardzo słodki i wybrała TEN, który uznała za najsmaczniejszy. Taki oto napój będzie serwowany na jej przyjęciu urodzinowym, które będzie w przyszłym tygodniu. Przygotowania idą pełną parą, bo urządzamy to w ogródku u dziadków. Dziadki bardzo to przeżywają i ponieważ co chwila musieliśmy gasić jakiś pożar inicjatyw, to postanowiliśmy, że dziadkom NIE zostawimy przestrzeni na włączenie się. Będą gośćmi. Po prostu oni się tym strasznie przejmują, czy wszystko będzie dobrze i my w kółko uspokajaliśmy ich, że MY wszystko ogarniemy. Że jest to impreza rodzinna, a że sytuacja jest skomplikowana, to NIE możemy być sztywni i formalni, oraz że powinniśmy zostawić przestrzeń na błędy i prowizorkę. Jeśli zabraknie jedzenia (mało prawdopodobne) zamówimy pizzę, nie chcemy też kelnerów obsługujących grilla, bo to nie sprawi, że atmosfera będzie lepsza, a zostawiając wszystko NAM bierzemy na siebie odpowiedzialność, że komuś może się nie podobać. Nikt tu nikogo nie będzie oceniał, bo goście to RODZINA, a w rodzinie nie wszyscy muszą być idealni. By ten proces przebiegał GŁADZIEJ kupiliśmy też specjalne urządzenie do szaszłyków. Dziś na obiedzie u dziadków je wytestowaliśmy – DZIAŁA, czyli ten punkt odfajkowany!

Ach, i wczoraj byliśmy na „Obcym”. To kolejna wersja, zrobiona pod pokolenie Z by zapoznać ich ikonicznym postrachem. Podobało nam się. Tu roleczka jak ktoś ma ochotę!

Dla domu skorupek kilka

Miałam, w tym Bolesławcu, kupić sobie mydelniczkę. Potrzebuję dwie, a nawet trzy sztuki, bo w kuchni TEŻ nie mam (tam zawsze było mydło w płynie). Dwie pozostałe wytłukła Lilka… I tak myślałam, że może jakiś dół od maselniczki się nada (?), albo kwadratowa miseczka (?), lecz nic takiego nie znalazłam. Tak jak pisałam, liczyłam na takie przyfabryczne wyprzedaże, a na takie coś NIE trafiliśmy, więc wyprawę trzeba powtórzyć!

Domowo cały czas wracamy do rzeczywistości, robią się prania, rano dałam radę pobiegać, a po południu MOŻE nawet dotrzemy do kina?

Zamek Grodziec – jak widać pełen ludzi w strojach z epoki!
Pałac w Lubiechowej
Zalew w Złotoryi

Górnicze porcje dodadzą WAM sił!

Śląsk już KIEDYŚ zaczęliśmy. Parę lat temu, gdy były bony turystyczne wylądowaliśmy w Kotlinie Kłodzkiej. No i był ten region do ruszenia, więc przesunęliśmy się o 50 km na północ od ostatniego zwiedzania. Lilka zapamiętała z tamtego wyjazdu, że było dobre jedzenie i to się NIE zmieniło. To nie jest tani region, ale porcje ZAWSZE dają podwójne. Wszędzie indziej, jak zamawiasz pierogi to dostajesz 5-6. Tam?? Wjeżdżała górnicza micha! Gdy Mieszko zażyczył sobie schabowego z frytkami, to podano mu DWA schabowe, bo mieli wyliczone ILE ma ważyć kotlet. Wszędzie podkreślają że wszystko jest robione na miejscu i nie stosują żadnych skrótów czy półproduktów! Pierogi klejone są w kuchni, a kotlety rozbija się PRZED podaniem. Ba, sok malinowy, którym polano nam jedno brownie (NA ZAMKU!) pochodził z malin z podzamcza! Jagodzianki są jak DWIE, albo nawet trzy razy, takie jak u nas, a gdy zamówiłam LEKKĄ przekąskę pt ziemniak z gzikiem to dostałam MEGA kartofla z michą twarożku z rzodkiewką i szczypiorkiem.

Nocleg mieliśmy w schronisku w Złotoryi. Rewelacyjny! Byliśmy jedynymi lokatorami poniemieckiej willi, drzwi mieliśmy otwarte, łazienki wolne, a do dyspozycji kuchnię z wielką jadalnią. Cena za osobę (wraz z pościelą) wychodziła dwucyfrowa (za TRZY noce), więc jest to nas absolutny cenowy rekord. Kręciliśmy się wokół Złotoryi: dolina Bobru, kopalnia złota, wodospad Kamieńczyka, Jelenia Góra wraz z fabryką szkła, Świeradów, zamek Czocha i zamek Grodziec. Czasem zjeżdżaliśmy z zaplanowanej trasy i w ten sposób, podczas przerwy kawowej, odkryliśmy zamek w Lubiechowej.

BARDZO nam się podobało. Jedyny mankament to, że od atrakcji do atrakcji się przejeżdża autem, no ale jak ma się takie wakacyjne ADHD jak my, to TAK wychodzi często. Byliśmy w kopalni złota w Złotoryi, jeździliśmy po zamkach i wydobywaliśmy kamienie z górskiego potoku. Mapy gdzie są złoża kamieni można znaleźć w necie, ale polecam Wam dołączenie do wydarzenia na Fb, bo wtedy idziecie z lokalnym geologiem. My tak NIE zrobiliśmy (bo nie wiedzieliśmy, że tak można), ale spotkaliśmy po drodze taką grupę i podobało nam się taka wycieczka. BO, tam gdzie złoto jest i miedź i srebro, a w tych górskich rzekach nawet nieprzygotowani odkrywcy (jak my!), znajdują garście agatów, kryształów i kobaltu (kamienie ponazywał nam przewodnik z grupy, którą mijaliśmy). Ba, parę dni wcześniej, o czym wiemy od przewodnika w kopalni złota, w tym samym miejscu gdzie byliśmy, gość znalazł RUBIN! Zamki na trasie były dwa: osławiony zamek Czocha – cudny, choć tłoczny oraz zamek w Grodźcu. Ten drugi to nasze odkrycie wyjazdu, polecone właśnie przez wspomnianego już przewodnika z kopalni. Schowany w lesie był praktycznie nienaruszony. Piękne witraże, krużganki, a na dodatek władowaliśmy się tam w Dni Rycerskie i na zamku było tłoczno od ludzi w strojach z epoki (wpisuję na listę do zrobienia: wziąć udział kiedyś w czymś takim!). Miastem, które nas urzekło była Jelenia Góra. Szok, jak tam jest niesamowicie. Panny weszły do kawiarni i powiedziały, że u NAS, nie ma takiego wyboru! Jeśli chodzi o uzdrowiska to porażką okazała się być skomercjalizowana Szklarska Poręba, ale przecudowny był Świeradów Zdrój. Do Świeradowa mieliśmy jechać na noc spadających gwiazd, bo tam można było je podziwiać z górskiej gondolowej kolejki, ale w końcu leżeliśmy na śpiworach (bo nie wiedziałam, czy nie bądą potrzebne i były w bagażniku) przed schroniskiem (tak jak mówię to była taka poniemiecka willa z dużym ogrodem). Z każdej strony otaczały nas góry, powietrze było cudowne, a turystów maławo.

Wpadliśmy też do Bolesławca! Nastraszył mnie brat przed wyjazdem, że przecież wracamy w dzień wolny i wszystko będzie zamknięte, ale jak zaczęłam przebudowywać grafik to zorientowałam się, że będziemy akurat na Dni Ceramiki w Bolesławcu! Nie ma wtedy co prawda wyprzedaży z zapasów przyfabrycznych, na które bardzo liczyłam, ale za to zjechały się tam wszystkie bolesławskie manufaktury i znalazłam taką, która naprawdę piękne rzeczy robi!

Temat będzie jeszcze wałkowany, a Śląsk będzie powtarzany. W planie a) była też wyprawa do Czech, bo tuż obok jest Czeski Raj, albo do Gorlitz, bo po niemieckiej stronie Zgorzelca jest jakiś tybetański park, gdzie podobno nieźle karmią, ale nie zdążyliśmy. Zajrzeliśmy za to do DM, bo u nas nie ma, a panny do tych niemieckich sklepów drogeryjnych mają słabość. Z wodospadów widzieliśmy tylko Wodospad Kamieńczyka, ale tuż obok jest też Wodospad Szklarki, na który zabrakło czasu i sił.

Roleczki:

Złotoryja nam się bardzo podobała. Rano ochotnicy szli na rynek po jagodzianki i MALINIANKI (polecam SŁODKIE wypieki :), z ratusza biły kuranty, był zalew i żyje się tu dobrze
wiata przed schroniskiem
zbieranie kamieni
zamek w Lubiechowej
wejście pod wodospad Kamieńczyka
mam jeden obiektyw, przez który polowa zdjęć wychodzi rozmazana, za to jak już jakieś się UDA to niemalże National Geographic 😀
Zamek Czocha
Świeradów Zdrój
Jelenia Góra
Zamek w Grodzieniu

ostatnia prosta jest najtrudniejsza

-„Łasuch”, Neflix

Skończyłyśmy wczoraj, we TRZY (bo razem z Łucją), serial. Raczej nie oglądamy w tym zestawie, a tym razem historię, o ludzkich hybrydach, nam się udało! Mieszko nocował u kumpla, czekam teraz na wiadomość od niego, że wraca, po podjadę i go zgarnę gdzieś po drodze, żeby nie tachał tego śpiwora i poduszki sam.

Gdy obudzi się Lilka, upieczemy jakieś ciacho z jabłkami na obiad do dziadków, a wieczorem zaczynamy pakowanie! Jutro ruszamy na kolejną wakacyjną eskapadę i wracamy w czwartek! Autem, ale BEZ Bibi, za to z Matim. Pomysł na wyjazd pojawił mi się po ubiegłorocznych targach turystycznych, kiedy zdobyłam książeczkę ze schroniskami PTTK. Wściekła jestem na siebie, bo gdzieś ją zgubiłam, a jest to baza niedostępna w necie, a tam wszystko było ładnie posegregowane: na regiony, na schroniska z psami i z podziałem na rodzaje pokoi. Na szczęście miałam też kilka ulotek i one mi się NIE zapodziały. No cóż, idea zakiełkowała i sprawdzimy jak to się w takich miejscach mieszka!

Pokaże Wam moją donicę. Kwiaty przed domem mi popadały. Przedłuża się remont płotu u sąsiadów i wszystkie moje cieniolubne roślinki zniosły to źle. Na jesieni czeka mnie wielkie dosadzanie i tak sobie myślę, że chyba pójdę w hibiskusy, bo one mi rosną na potęgę. Mam już trzy krzaki i czują się u mnie bardzo dobrze! Za to w donicy zasiał się kolorowy rumianek. Wielka, żółta kępa przed domem się NIE utrzymała, ale dała radę się rozsiać!

Pamiętajcie, że od teraz zakładamy rzeczy, których NIE bierzemy!

-powoli szykujemy się do kolejnego wyjazdu, który będzie bliski i krótszy, LECZ cykl pralniczy narzuca pewne procedury i zdecydowanie łatwiej wybiera się na wyjazd stroje, które LUBIĄ.

Śmieszna dziś wyszła akcja z bieganiem. Otóż Łucja wstała rano, jak to ona, i poszła z Bibi. Po czym obudziłam się ja, chciałam wychodzić, ale NIE miałam psa! Sprawdziłam pokój dziewczyn i zobaczyłam, że łóżko Łucji puste… Więc napisałam: Córko, a Ty gdzie mi psa zabrałaś? Dziś sobota i ja z nią biegam! No i okazało się, że Łucji pomyliły się dni, co tak naprawdę, na wakacjach, jest naturalne! Miała więc psa podwójny spacer, bo przecież jak ją nie zabrać na spotkanie z psimi przyjaciółmi? Dziś trochę krócej biegłam, bo ona jednak była po godzinnym spacerze, ale trening zrobiony. A biegowym dziewczynom zachwalałam mojego mopa. Wczoraj umyłam nim szafki w kuchni i drzwiczki nareszcie są czyste!

Wkleję Wam linka do rolki lokalu, do którego dotarły wczoraj dzieciaki. Zjedli tam, zrobili (DLA mnie!) zdjęcie w fotobudce (już wisi na lodówce) i kupili sobie koreańskie przysmaki. Ba, dziś rano Łucja zrobiła bubble tea! I wyszło jej!

proszę mi wybaczyć, ale to pierwszy dzień po urlopie

Zawaliłam wczoraj jedną pracową sprawę. A nawet dwie. A potem przyjechał koleś od krzesełka haucka, co to je wystawiłam gdzieś tam w necie i ja o nim zapomniałam. Ale remont zakończony, krzesełko wydane, farby pochowane a wałki się suszą. Lilka mówi, że podobno w gastronomii, jak kelnerki się mylą to często mówią: proszę wybaczyć jestem pierwszy dzień po urlopie, a że rotacja klientów jest duża, to tego argumentu można używać w nieskończoność. Dobre. Podoba mi się. Przejmuję! Btw. znałam kiedyś dziewczynę, która co coś szło pod górkę to mówiła: Wrócę do gastronomii. Wszyscy mnie tam lubili! Nie będziemy więc niczym martwić, bo dumna jestem z tego przyziemnego zakończenia czynu malarskiego!

A dziś towarzystwo pojechało sobie na lanczyk i bardzo mnie to cieszy, bo ja SOBIE do końca posprzątałam. Ba, nawet dotarłam na rynek po maliny, jeżyny i jabłka! A smarki wylądowały w jakiejś koreańskiej knajpie, przysłali zdjęcia, że jedzą, co oznacza, że ja mogę zjeść chleb z sardynkami i pomidorem i nikt mi się nie objawi z fochem, gdzie obiad!

fioletowe owoce jesieni

  • Jak Ci się Lila podobają pomalowane ściany?
  • Czysto.
  • Teraz widać jak bardzo trzeba odświeżyć sufit i framugi. Wiesz, na biało…
  • Ale to dopiero jak WSZYSCY wyjedziemy na ferie. Przy NAS więcej nie będziesz TEGO robić!

Tak sobie więc maluję, w przerwach pomiędzy obsychaniem kolejnych ścian, pracuję i zasadniczo nie mam czasu na gotowanie. Plus oczywiście jest bajzel, także towarzystwo patrzy na proces zdegustowane, chociaż efekty doceniają 😉

A na spacerze z Bibs przyuważyłam winogrona. Zerwałam i zjadłam i strasznie TO cierpkie jeszcze. Ale są, także jesień powoli wchodzi. Dobrze mi się nareszcie śpi i figi są pyszne tego roku!

Dla domu, na sierpień!

Ściany na dole były malowane na komunię Łucji… 10 lat temu. Jakimś takim cudownym kolorem w kolorze bardzo jasnego brudnego różu. Zimnym, ale rzucającym ciepłą poświatę – żadna śródziemnomorska brzoskwinia, letni łan czy rozkwitająca piwonia. Potem chyba nawet raz dokupywałam farbę, żeby podmalować, bo miałam numer koloru. A potem przy poremontowych czystkach tę puszkę wywaliłam. No i katastrofa, bo mycie ścian doprowadziło do tego, że farba zaczęła się ścierać, nie można było poprawiać pęknięć czy obtłuczeń, a nijak nie wiedziałam jak zgadnąć: JAKI to był kolor?? Próby trafienia podejmowałam kilka razy, a w tym roku po prostu ODŁUPAŁAM kawałek ściany i pojechałam do budowlanego… Z tysięcy kolorów oświetlając w specjalnym pudle z różnymi rodzajami świateł, wspierając się opinią Lilki, wybrałam próbki. Trzecia była całkiem niezła. Za szara, ale prawie trafiona. Pojechałam ponownie po dwie kolejne- jeszcze idealniejsze i na ścianie okazało się, że są DUŻO gdzie indziej barwą… Zirytowało mnie to i pojechałam ZNOWU – tym razem wzięłam Mieszka i wybrałam puszkę lateksowej farby. Młody wybrał odcień: mistrzowskie płótno, który na ścianie okazał się ciemniejszy niż pierwowzór i mniej różowy. I MALUJĘ. Nie całość, ale te najbardziej ubrudzone ściany. Towarzystwo jest zdegustowane, bo w domu ruina, ale odpowiadam, że malowanie ścian to coś co na ogół robię LATEM, tylko że do tej pory NIE brali w tym udziału!.

I kupiłam sobie mop parowy. Doszłam do wniosku, że BYĆ MOŻE wszystkie kataklizmy agd mojego domu są przez ten brak mopa (??) i NIE może być tak, że od sześciu czy siedmiu lat jest to moje największe marzenie. Tak więc mam – cudownie doczyszcza podłogi po resztkach farby oraz śladach po mokrych psich łapach i cieszę się, na to zdecydowałam!

zmiana pościeli to zawsze dobra okazja na…

  • Wiecie, co oznacza, że mamusia położyła czerwoną pościel??
  • NIEEEE!!!!
  • Oj, Lila nie przesadzaj! Wiem, że to lubicie!
  • Mamo, a dlaczego ja dostałam ugliest combo?
  • Chodzi o pościel, Łucz? Też tak uważam. Ale jak zakładałam to nie mogłam żadnych ładnych kompletów znaleźć, a potem okazało się, że te, które CHCIAŁAM użyć zostawiłam w szafie i wyjęłam te co to ich NIE chciałam… Zmienię Ci po prostu szybciej niż innym! A teraz proszę się przygotować do zdjęcia!

Jak co roku położyłam ekipę w tym samym układzie i powstała kolejna fotka! Śmiesznie bo jak spojrzałam do historii bloga, to widzę, że rok temu, TEŻ ich 6-go sierpnia złapałam 🙂 Uwaga na przyszłość: muszę zasłaniać zasłony, bo światło dnia nierówno oświetla OBIEKTY. No i chyba muszę ich kłaść na podłodze to będzie łatwiej! No i muszę się przechylać, żeby być równo nad nimi to jest lepiej niż tak łapać z dołu!

W kwestii dzieci mogę tylko dodać, że wczoraj do Łasucha, którego oglądam z dziewczynami i sporadycznie Mieszkiem zasiedliśmy z podwieczorkiem. Ryż na mleku, starte jabłka i lody (cały kubełek równo pokrojony na 4 części). Jedliśmy taką kopiastą papkę (podaną w nowych miseczkach) i wtedy powiedziałam: Kocham Was. Jem to co mi smakuje i Wam też to smakuje. Jesteście tacy jak ja. To jest naprawdę wspaniałe! 💗

I oryginał sprzed 12 lat!

Jak wtorek to zakupy na rynku, mamy więc cukinię wraz z kwiatami, cebulę cukrową, krąg słonecznika, maliny i małe morele na knedle! Znowu na rynek przyjeżdża babeczka od przepiórczych jajek i też mamy! Aż dwie wytłaczanki !

Ten rosół u babci to był jackpot

-powiedział Mieszko wczoraj wieczorem (a u dziadków zjadł DWA talerze!)

Drugi miesiąc wakacji zaczęliśmy od choróbsk. Lila po powrocie z Albanii, przez trzy dni, miała gorączkę, a potem (na dwa dni) rozłożyła mi się Łucja. Ból głowy i wysoka gorączka, których nie dało się uśmierzyć i zbić. W nocy z soboty na niedzielę spała ze mną i monitorując ją w nocy doszłam do wniosku, że JEŚLI do rana nie będzie poprawy to jedziemy na ostry dyżur. Ale panna obudziła się zdrowa, ba prawie od razu mi ogłosiła, że oni chcą z Matim sobie zrobić city break do kolejnego polskiego miasta i to najlepiej w tym tygodniu. Ach, no i po drodze ja miałam jakąś ostrą reakcję alergiczną (pokarmową), która objawiła się wysypką na całym ciele. Wywaliłam główny podejrzany, czyli kajmak w puszce, ale tak tak teraz myślę, że może wszyscy przeszliśmy trzydniówkę?

No i mamy JUŻ sierpień i jest to zdecydowanie chłodniejszy miesiąc niż czerwiec oraz lipiec! Ja od jutra znowu pracuję, Łucja dalej robi prawo jazdy (gość akurat pojechał na urlop, więc panna ma dwa tygodnie przerwy i zdecydowanie wejdzie z tym kursem w jesień) i może uda nam się wyrwać jeszcze na krótką, bliższą wyprawę. Za dwa tygodnie panna najstarsza obchodzi 18-stkę, a letni grafik usztywnia też impreza 18-stki Matiego, na której panna musi być. Na SZAFĘ wrzuciłam podsumowanie tegorocznych wyprzedaży, więc letnich rzeczy i gadżetów w tym roku więcej już NIE nabywamy. Mamy za to dwie próbki farb, które MOŻE pasują do koloru naszych ścian i muszę je sprawdzić. Wrócili nasi sąsiedzi, których kotami opiekowały się panny i dziewczyny dostały za wykonane zadanie wynagrodzenie! Miłe to, bo każda na coś tam swojego zbiera. W ubiegłym tygodniu i Łucja, i Mieszko byli w kinie, więc może wszyscy TEŻ się na coś wybierzemy?

panna Ł z auta, którym jeździ
  • Przestraszyła mnie ta choroba Łucji. Ty wiesz, że ona płakała, bo tak się bała, że coś się z nią dzieje? – zapytałam Lilkę w nocy. Z panną średnią najlepiej gada się około północy.
  • Nie przesadzałabym. Ona lubi być overdramatic. To oglądanie Greys Anatomy nie wzięło się z niczego. W końcu jej ulubiona zabawa to było w lekarza.
  • Bawiliście się w lekarza? Taka byłam urąbana, że nic o Was nie wiem!
  • Tak. To była jej ulubiona zabawa. Ona miała jakieś 10 lat i ciągle się w to bawiła. Bo pamiętam, że w nowym domu dziadków też to odgrywaliśmy. Najgorszy było poród, bo ja szybko kończyłam, a to miało trwać 20 minut.
  • Skąd wy mieliście taką wiedzę?? Kto na ogół rodził?
  • Łucja. I zdecydowanie lepiej było być lekarzem niż pacjentem, bo lekarz mógł po prostu powiedzieć: Jest Pani zdrowa i ma Pani paranoję i się wychodziło. Najgorzej, że Mieszko było taki goofy i ciągle się zgadzał na bycie pacjentem, a potem ona krzyczała na niego, jak on mówił, że ma dosyć tej zabawy.

Powiem Wam tylko, że jeśli Liliana zostanie lekarzem i do niej traficie, to macie przechlapane 😀