Panny wróciły, z dworca odebrałam je w rzęsistym deszczu, czyli dziś od rana wszyscy realizujemy obowiązkowe zajęcia (w jednoosobowych podgrupach 😉 W piątek odebrali mi gabaraty i elektrośmieci (hura, TYM razem, nie przegapiłam) i pozbyłam się zalegających od miesięcy klamotów: starej lampy (a nawet dwóch!), spalonego AGD (blender, toster), zepsutego AGD (krajalnica, depilator, żelazko, opiekacz, kable, słuchawki, światełka choinkowe) i może optycznie sąsiedzi wywalili więcej, ale pomieszczenie gospodarcze, gdzie to składowałam, ODETCHNĘŁO.
Pochwalę również Mieszka, bo przez te cztery dni, on był moim kuchennym pomocnikiem. Nie tylko zrobił ciasto, ale również potrafi JUŻ zrobić bowla. Bowl wyszedł nam mocno keto (ziemniak, ryż, mięso, jajka), ale podczas kiedy ja kroiłam kartofle na przezroczyste plasterki, które później przyprawiłam i smażyłam na patelni by powstały z nich czipsy, Mieszko ugotował i obrał przepiórcze jajka, usmażył mięso i odmierzył i zagotował ryż. Ciasto też wyszło mu super i zabraliśmy je do dziadków. U dziadków pochłonął nas temat powodzi, bo mój kuzyn mieszka koło Jeleniej Góry i babcia przedwczoraj dzwoniła do swojego brata, czy Michał z dziewczynkami (on ma trzy córki) jest bezpieczny? Jest bezpieczny, ale tak myślę, że dołączę się do trochę może bananowego apelu, że jak to wszystko się skończy, jedźcie tam. Na ferie, na Majówkę i na wakacje. My tam byliśmy, jest cudownie, z przerażeniem patrzę na miejsca które latem widzieliśmy, a na tych relacjach o uratowanych zwierzętach to w ogóle jak bóbr płaczę.
<>
Poniedziałek. Na ten tydzień mam odczulanie z Lilką, czekają mnie dwa dni poza domem, planuję też zasadzić kupione w sobotę roślinki! Pogody mówią, że lata już nie będzie, ale z przerzucaniem garderoby jeszcze chwilę się wstrzymam.