W krainie Timura!

Trasa, którą stworzyliśmy zaczynała się w stolicy Małopolski. Graficznie trzeba by to przedstawić tak: Kraków ✈️Abu Dhabi ✈️Taszkient 🚂 Samarkanda✈️ Abu Dhabi ✈️Kraków. Albo jeżeli być jeszcze bardziej precyzyjnym to TAK: 🚗Kraków✈️Abu Dhabi ✈️Taszkient 🚂 Samarkanda🚂 Bukhara 🚂 Samarkanda✈️ Abu Dhabi ✈️ Kraków🚗. No dobra, nie było tak totalnie bezkosztowo, bo doszła benzyna do Krakowa, parking koło Balic i przechowalnia bagażu w Abu Dhabi (w tamtą stronę mieliśmy aż 16 godzin), no ale doszły też dodatkowe atrakcje. Ach, no i dwie noce spędziliśmy w agroturystyce dla koniarzy pod Krakowem, bo wylot był rano, a powrót po 21-szej.

Btw. Pociągi były różne. Ten z Bukhary był sypialny, a za to do Samarkandy pojechaliśmy pociągiem o nazwie Sharq co znaczy Orient po Uzbecku. Orient Express? Trzeci przejazd był pociągiem Afrosiyob czyli pojazdem ultra szybkim i nowoczesnym. Bilety na pociągi trzeba kupować 45 dni wcześniej, bo błyskawicznie się kończą (kupuje się je przez UzbekRail). Najlepszą inwestycją był wynajem przechowalni w Abu Dhabi. Jedną szybką decyzją pozbyliśmy się walizki, zimowych kurt i ciężkich bagaży.

Wyjazd udał nam się super. Rzeczy nieprzewidzianych wydarzyło się morze, ale wrażeń tyle, że będziemy to jeszcze chwilę przetwarzać. W Abu Dhabi zaklepaliśmy nocleg. One są tam dość drogie, więc zaryzykowałam i wybrałam miejsce z zerową ilością ocen na bookingu. I okazało się, że nie tylko adres poznaliśmy dopiero po przylocie (gość przysłał pinezkę na mapach googiel), nie mamy łazienki w pokoju, a apartament dzielimy z pracownikami z Indii. I w ogóle nasze lokum wcale nie było w Abu Dhabi, a w dzielnicy imigrantów z Pakistanu i Afganistanu. Łazienka pływała, a klimy nie dało się wyłączyć i nas prawie poprzeziębiała. ALE spało nam się tam dobrze i TAM zjedliśmy najlepsze jedzenie podczas całego wyjazdu. Zresztą ani przez chwilę nie czułam się tam niebezpiecznie.

W Abu Dhabi, z samego rana, tuż przed odlotem, zobaczyliśmy niesamowity meczet Sheika Al Zayida. Wejście jest za darmo, ale wcześniej trzeba zarezerwować wejściówkę przez stronę rządową (tak jak do Bundestagu).

A Uzbekistan jest cudowny. Otworzył się na turystów niedawno (5 lat temu) i jest tam ich mało. Turyści zatrzymują się w klimatycznych guest house-ach, śniadanie zawsze jest w cenie, ale oprócz tego jesteś nieustannie bombardowany przez gospodarzy półmiskami owoców (ależ tam są pyszne melony!) i ciastami.

Taszkient to całkiem nowoczesne miasto z najpiękniejszym metrem w całej Azji, Samarkanda to serce jedwabnego szlaku i jedno z najdłużej zamieszkanych miast świata (6 tysięcy lat), a Bukhara to największy i najcenniejszy Azjatycki kompleks architektury Islamu (140 budynków). I zmierza Uzbekistan w stronę Islamu. Jak wsiadasz do taksówki i mówisz grzecznie Здравствуйте!  to oni odpowiadają Assalama alejkum i za pierwszym razem chwilę myślałam, żeby przypomnieć sobie, że muszę powiedzieć Alejkum salam. Stroje mieszkańców były zupełnie inne niż w Europie i taki chałat, który będę nosiła wiosną jako płaszcz, sobie kupiłam!

A wiecie co było TAM największą atrakcją? MY. Gdzie się nie zatrzymaliśmy wszyscy chcieli sobie robić z nami zdjęcie. Szczególnie osaczane było moje panny i na początku trochę je to przerażało. Później się już przyzwyczailiśmy i było to całkiem urocze! ❤️

No i jedźcie tam, zanim to zadepczą. Można bezpośrednio z Polski, bez kombinacji z półwyspem Arabskim, ale taki wariant też jest w porządku (nam się spodobał BARDZO). Ci turyści, których tam poznaliśmy kursowali w takiej pętli: Kazachstan- Kirgistan- Uzbekistan i Tadżykistan. Wszyscy mieli zajawkę jak wjechać do Turkmenii, która nie wydaje wiz i nie wpuszcza nikogo, więc w międzyczasie krążyli po dawnych ziemiach Timura. Za jego (i jego potomków) czasów sułtanat Samarkandy sięgał od Delhi do Morza Śródziemnego, więc jest co oglądać!

Wrzutki będą przez kilka dni, bo się nie wyrabiam 🙂 Towarzystwo już w szkołach, ja dziś poza domem, więc na początek fotki z Abu Dhabi (jak widać w meczecie byłyśmy w chusteczkach), ale wpierw roleczki:

Dubai Chocolate to jakiś wiralowy produkt, który jest DROGI. Niemniej jednak, JEDNĄ tabliczkę kupiliśmy i ZEŻARLIŚMY 🙂

Yolo?

Pamiętacie jak w lecie koczowaliśmy sześć godzin na lotnisku, bo lot był opóźniony? Tak naprawdę, tak jak Wam pisałam, nie było to TAKIE straszne. Atmosfera była cudowna, a jak postawili tę tabliczkę: Tirana Boarding, to wszyscy zaczęli krzyczeć i klaskać. No dobra, do Albanii przylecieliśmy w środku nocy, ale za to nie byliśmy głodni, bo nas nakarmili. Tylko, że później Wizzair wypłacił nam odszkodowanie! I to odszkodowanie mogło być przelewem na konto, ale wiecie jak to jest z jakimikolwiek wpłatami, które wpadają na konto („Co tak szybko przeleciało? A, to była pensja”), LUB powiększone o 20% na konto Wizzair (na co moja cebulowa dusza wykrzyknęła- TAK!). I kasa się pojawiła, a my zaczęliśmy się zastanawiać co tu z nią zrobić?

Z dużym wyprzedzeniem można by nawet zaplanować 3 wyprawy w ciągu najbliższego roku, albo… jedną dużą. I tak też uczyniliśmy. Wariant jest kosmiczny. Jedziemy do innego miasta, tam wsiadamy do samolotu, lecimy, lądujemy, czekamy (mamy naście godzin na przesiadkę więc wychodzimy z lotniska) i kolejnego dnia wsiadamy w kolejny. A na dodatek jak już tam dolecimy po tych dwóch dniach, to przejeżdżamy pociągiem i wylot mamy z innego miejsca! I jest TO coś czym żyjemy od dwóch miesięcy. Sprawdzamy i planujemy. Nie brakuje utrudnień i zmian. Cinkciarz zjadł naszą wakacyjną kasę, a jedna pula biletów lotniczych była zła, bo nie uwzględniłam przesunięcia czasu. Jak wylądujemy to samolot, w który mielibyśmy wsiąść będzie już w powietrzu. Waga, którą kupiłam wczoraj przyda się też dziś do ważenia walizki, żebyśmy wiedzieli jaki bagaż wykupić. Będziemy mieli też ogromną różnicę termiczną. Wylot jutro rano mamy w temperaturze przymrozkowej, a lądujemy w odczuwalnych 40 stopniach. Za to miejsce docelowe powita na 12-15 stopniami. Będziemy mieć trzy przejazdy pociągiem, w tym jeden z nich będzie sypialny. Karty telefonicznej nie będziemy kupować w pierwszym miejscu gdzie wylądujemy, bo podobno miasto jest pokryte siecią bezpłatnego wi-fi. Mamy rezerwację do jednej atrakcji turystycznej, którą trzeba było zrobić miesiąc przed przybyciem. Dotknie nas też zmiana czasu, więc zabieramy melatoninę, żeby szybciej się przestawić. Problemem jest też bagaż. Ze względu na te zmiany temperatur chcemy wykupić walizkę, ale pasowało by nam, żeby ją nadać w pierwszym porcie, a odebrać dopiero w trzecim i nie wiem CZY tak się da, i pewnie wyjaśni się to dopiero na lotnisku… Bez tego będziemy musieli obczaić jakieś skrytki na lotnisku.

Mieszko i Łucja nie poszli dziś do szkoły, ja zaraz mam korki i około 14-stej jedziemy do dziadków. Tam zostawiamy Bibs, jemy obiad zrobiony przez babcię i jedziemy dalej. Docieramy, śpimy niedaleko lotniska, rano odstawiamy auto na parking przylotniskowy i wsiadamy w samolot. Pierwszy sygnał wyślemy więc jutro około 16-stej, po pierwszym lądowaniu 🙂 Wracamy 14-go późno wieczorem, więc pierwsza relacja pewnie dopiero w przyszły piątek. Do tego czasu pewnie coś tam wrzucę na Twittera, co to mi wordpress schował ramkę, bo tak jest w ramach bezpłatnego planu i na Instagram.

Poranna przymrozkowa Bibs:

Zważyć liście w listopadzie chyba dziś się nie odważę!

Zdałam sobie sprawę w ubiegłym tygodniu, że oto nadszedł ten czas w roku, kiedy mój zegarek w aucie pokazuje prawidłową godzinę. Nieprawidłową pokazuje za to zegarek w kuchence, ale jego nie przestawiam, bo to jakiś algorytm, który jak ktoś chce może sobie wyliczyć. Trzeba dodać 11 godzin i odjąć 46 minut? Czy coś takiego, czego nikt się nie podejmuje, więc tak jakby zegarka nie było.

Jest ciepło, ale JUŻ zapowiedziano spore ochłodzenie. W tym tygodniu mamy 35 rocznicę runięcia muru berlińskiego (9.11), a MY tydzień mamy krótki, bo wybieramy się na wakacje! Jest więc akcje dojadanie i domykanie wszystkiego co można. Projektów, zadań i poprawek sprawdzianów. Ach, no i początek listopada to już konkretne myślenie o świętach! Widzieliście tę mistrzowską rolkę Mariah Carey? 😀

Z cyklu do domu kupiłam dziś wagę. Na listopad. NIE potrzebowaliśmy jej, ale czasem jest nam potrzebna i wtedy robi się problem. W moim rodzinnym domu system był taki, że rzeczy wędrowały. Wiertarka, wkrętarka, drabina, itp ciągle u kogoś były. Pierwszy wyłamał się mój brat już parę lat temu i teraz zaczęłam wykruszać się z tej wspólnoty przedmiotów ja. Miałam wziąć wagę łazienkową od moich rodziców, bo nie miałam jak nadać paczki. Mamy zwrot bluz (kupiłam dzieciakom na zimę i tylko jedna została zaakceptowana) i nie byłam w stanie stwierdzić, czy to waży do 2,5 kg czy np. 3. A potrzebowałam wydrukować etykietę. Panny się mnie wczoraj wieczorem zapytały czy przywiozłam od dziadków (jak oddamy to zamówimy inne ;), a ponieważ nie przywiozłam (bo zapomniałam) pojechałam dziś do sklepu kupić. Taką najprostszą, nie po to by się ważyć i podliczać, lecz by jej brak nas nie blokował.

Przyloty i wypływy

Niektóre osoby, które spotykam na psich spacerach, są irytujące. Jest np. gość, który uwielbia chodzić ze swoim psem z nami, natomiast ja go NIE znoszę. To jest TEN typ, który cały narzeka, że w TYM kraju nie da się żyć i trzeba stąd uciekać. Albo komentuje: wiadomo, Polska. Grrr i NIE. To nawet nie chodzi o to, że moim zdaniem TEN gość nie prawa do narzekania, ale jak jest mu źle, to niech jedzie. Droga wolna! Możemy! I odkryje wtedy, że ziemia obiecana, wszędzie jest TAKA sama. Możemy jechać, możemy próbować. Tak samo jak z wyjazdem do innego miasta. Tylko, że ta myśl, która nas gna w inne miejsce, powinna być INNA. Bo chcę zmiany, bo gdzieś będzie mi lepiej, bo będę tam pasował, albo BO zwyczajnie mnie nosi (też zrozumiem). ALE wyjazd, bo czegoś nienawidzę, nie przeniesie nas do rzeczywistości, gdzie będę wszystko kochał!

NA szczęście koleś jest krótkowidzem i widzę go dużo wcześniej niż on mnie, co pozwala na SZYBKI unik i ominięcie przypadkowego spotkania! Wczoraj mi się NIE udało, bo się zagadałam z babcią, ale jestem nabuzowana czujnością na najbliższe pół roku. A dziadki były w mieście chrząszcza i Lutka spotkała się ze swoim braćmi i zawsze gdy się z nimi spotka to przez te 48 h nie można się do niej dodzwonić. Oni mają TYLE tematów, że nie ma wtedy czasu na MNIE!!!

Poza tym za wiele w tym czasie bez dzieci NIE zrobiłam, ale postanowiłam przelać jakieś środki na cinkciarza, bo chciałam już co nieco zamówić pod choinkę z Alika. Kasa poszła, ale okazuje się, że Cinkciarz od miesiąca ma problemy i pieniądze tam wpadają, ale nie można ich wyjąć, czy przetransferować na kartę wielowalutową. Są tworzone jakieś zbiorowe pozwy, ludzie zatrudniają adwokatów by odzyskać kasę, a ja tego nie zarejestrowałam. Ot, przelałam trochę więcej niż zwykle środków z mojego konta. I tyle. Jak ktoś lubi przygodę, to ona zawsze go znajdzie.

Z plusów wrócił Roger. Ten szpak co był u nas ubiegłej zimy. Poznaję go po tym, że jest nerwowy i rozwalił całą stertę kory. 😀

śliczny retro tramwaj widziałam w czwartek

Zaduszki

Dzieci wczoraj wieczorem przejął Diabli, a dziś dołączyłam do nich podczas ich wyprawy na cmentarz. Towarzystwo miało okazję zaobserwować dyskusje między nami (jakie toczone są w „normalnych rodzinach” przy okazji lokowania zniczy), czyli Jak Ty to ustawiasz?!, oraz Nawet świeczki nie potrafisz zapalić!, ale w gruncie rzeczy wszystko przebiegło bardzo pozytywnie. Dziś było chłodniej niż wczoraj, ale cały czas pogoda sprzyjała spacerom i zrobiliśmy dziś wszyscy kilometraż konkretny!

A potem się rozłączyliśmy, ja ruszyłam do Bibs. Powrót trwał długo, bo nie dość, że wybrałam komunikację miejską kursującą dziś dziwnie, to wpierw zorientowałam się, że nie dałam Lili jej rzeczy… Panna zapomniała je wczoraj zabrać z domu (cała ekipa wraca do mnie jutro) i napisała mi, że NIE przeżyje i musi to mieć… Zawróciłam, a ona samotnie ruszyła w moją drogę. Po drodze Łucja jej pisała, żeby kupiła matchę, co nie wiem czy się wydarzyło, ale gdy w końcu we dwie się spotkałyśmy wysłałyśmy na grupę foteczkę…

Wszystkich Świętych

 Alain Delon, Jadwiga Staniszkis (królowa czerwonej szminki), Donald Sutherland, O.J. Simpson (on nie był idealny, ale ślad węglowy zostawił potężny), Carl Weathers (Rocky), Janusz Rywiński („Siara”), Kris Kristofferson (dla mnie nie muzyk, lecz bohater „Konwoju”), Jerzy Stuhr, Shannen Doherty i David Gail (Beverly Hills oboje), James Earl Jones (ach ten głos Vadera ze Star Wars-ów, który śnił się po nocach), Bogumiła Wander, Antoni Fałat (malarz w klimatach, które uwielbiam), Maggi Smith (niezapomniana hrabina z „Dowtown Abbey”)

Z naszej rzeczywistości, w ciągu ostatniego roku, odeszły kolejne osoby, które mnie w jakiś sposób tworzyły. Lista ludzi, którzy zatrzymywali moją uwagę i kazali mi się nad czymś zastanowić raczej się już MI nie powiększy, za to jak widać systematycznie zmniejsza.

Bo tak myślę dziś sobie, że mało prawdopodobne by narodzili się tacy, którzy będą mieć jeszcze na mnie wpływ… W serialu Outer Range jest taka sytuacja, że do czasowego wiru wpadają ludzie z różnych epok i w indiańskiej wiosce połowy XIX wieku spotykają się dwie kobiety o indiańskich korzeniach. Jedna ma tatuaże i była hippiską w latach ’70, druga jest homoseksualną policjantką ubiegająca się o tytuł szeryfa współcześnie. I zaprzyjaźniają, a po czterech latach wspólnego życia w tipi, ta współczesna mówi jej, że Led Zeppelin nie był zespołem wszech czasów, bo muzykiem wszech czasów był Michael Jackson. Tamta nie może wyjść ze zdumienia, bo to przecież był dzieciak, który tylko śpiewał do zwierzątek! Rozumiecie, o co mi chodzi? To nie jest tak, że genialni nie powstają, ale każda epoka ma swoich mistrzów i tych z mojej już chyba poznałam!

Na cmentarz wybieramy się jutro, a teraz wkleję Wam jesienną Bibi. Piękną mamy pogodę w tym roku. Pamiętam lata, kiedy w tym dniu było wietrzyście i szaro-buro. A dziś jest rześko i sucho!

Boo!

Młody rano wyciął dyńkę (no dobra, jego narzędziem była wiertarka, a nożem działałam ja), potem mielimy mnóstwo spraw po drodze (jakiś tam dok z Lilą i Mieszkiem, fryzjer z lokami panny średniej) i koniec końców nie zdążyłam się przebrać…

Ale z dekoracjami zdążyliśmy, Mieszko z kumplami ruszyli po cuksy, ja wydawałam słodycze tym duchom co to do nas przyszli (w tym roku mamy rekordowo dużo pukających do drzwi, co denerwuje Bibs), a Lila z Łucją i z Matim zasiedli do maratonu horrorów. Jeden już z nami, drugi w trakcie i robi się coraz straszniej 🙂 Chyba pójdę smażyć naleśniki! Tu filmik, a niżej tegoroczna dyńka!

Dynia + 3 białe małe dyńki+ korzonki kurkumy jako robole

I tłumy w sklepach straszne (znać, że dni wolne nadchodzą i będą się ludzie gościć)

Gdzieś pomiędzy kupowaniem cukierków (CIĄGLE NIE MAM DYNI!!!), zniczy i robieniem zupy, wyrwałam się dziś do szkoły Mieszka, żeby robić za fotografa ich CZYTANIA Dziadów. Młody ma cudowną i pełną świetnych pomysłów wychowawczynię, a tę akurat lekturę bardzo lubię. Wszyscy musieli się przebrać (Mieszko był chórem nocnych ptaków) i czytali swoje role. I ładne te dzieciaki u niego w klasie, a po takim przerobieniu lektury chyba nawet zapamiętają! W sali było ciemno, rolety były opuszczone (Ciemno wszędzie, głucho wszędzie) i bardzo jestem dumna, że mój obiektyw jest na tyle jasny, że dał radę w takich trudnych warunkach!

Testosteron’s cave

  • Spróbuję go, Lila, wepchnąć jako dwunastolatka, bo do tego wieku jest taniej.
  • Matko, nie uda Ci się. To jedno dziecko Ci się nie udało, bo wygląda starzej niż ma w rzeczywistości. Już ja bym prędzej udawała dwunastolatkę.
  • Fakt. To upomnę się o zniżkę z okazji pierwszej wizyty!

Fryzjer z Mieszkiem odbębniony, weszliśmy do tego samczego przybytku, gdzie na ścianach wisiały tabliczki z napisem „męska jaskinia” i nie wiem czy wycieczkę powtórzymy. Na fotelach mężczyźni mieli ponaklejane paski z woskiem, bo regulowano im brwi, jeden siedział z farbą do włosów, a barber Mieszka przez 10 minut męczył go rozmową JAK go obciąć? Ile minimetrów na bokach i jak wysoko wycieniować z tyłu. Wszystko trwało godzinę, młody wygląda świetnie, ale jak wyszliśmy powiedział: Wolę do Aldony, bo ona to robi w 20 minut.

Tymczasem wtorek, zakupy na rynku zrobione i kolejna porcja dyni już się piecze w piekarniku! Mamy też dużo jabłek i gigantycznego pora, który przypomina palmę! Ach, no i wordpress zrobił jakąś aktualizację, która mnie doprowadza do szału :/ Przyzwyczaję się, ale na razie sobie pomarudzę.

liściopad za rogiem

Krótki ten tydzień, ale gonią mnie wszystkie możliwe zaległości końca miesiąca. Wysłałam twórczą zaległą zaległość, muszę nadać paczkę ze zwrotem bluz, co to je zamówiliśmy z tydzień temu (i nie trafione) oraz kupić cukierki na czwartkowe święto. Pojadę po nie pewnie z Lilką. Na jutro ustawiłam Mieszka do barbera, bo on nie chce chodzić do mojej fryzjerki, a te jego włosy jego są już zdecydowanie za długie. W pobliżu mają otworzyć jakiegoś ekskluzywnego tureckiego barbera i tak czekałam aż ruszą, to może młody mógłby chodzić sam, ale JESZCZE nie ruszyli, więc idziemy do innego. Fryzjera z Lilką mam natomiast w czwartek zaraz po dermatologu, do którego idę z Lilą i z Mieszkiem. Mamy termin na sanatorium i po burzliwych domowych dyskusjach towarzystwu pasuje koniec grudnia. Ten, który oni nam zaproponowali był na początek listopada, a ten termin z różnych względów nie może być. Do sanatorium już dzwoniłam, będą oddzwaniać, ALE chyba się uda tak jak dzieciaki chcą.

W środę idę do szkoły Mieszka, żeby pomóc przy wystawianiu Dziadów i jest to absolutne minimum, które mogę wykonać w zamian za to, jak szkoła pomaga mi z różnymi tematami. Diabli przyjeżdża w piątek, a w sobotę pewnie pojadę do dziadków sprawdzić co u ich kota, bo oni na te dni wyjeżdżają. Dyniek cały czas nie mamy, ale to może jutro jadąc z Mieszkiem do tego BARBERA coś kupimy? Nie da się chyba w jednym tekście więcej użyć tego samego słowa, więc domyślacie się pewnie, że bardzo jestem tą wyprawą do MĘSKIEGO fryzjera podekscytowana! 😀