Dzień rozpoczęłam z impetem, bo rano pojechałam pobiegać. Ambitne rozmawiając z dziewczynami o dzieciństwie i samodiagnozach psychologicznych, zrobiłam pięć kilometrów i zahaczając o piekarnię, wróciłam do domu. Plany były różne, ale przytuliłam się do Lilki i cyk… obudziłam się o 12-stej… W tej sytuacji pojechałyśmy do sklepu, zrobiłyśmy uzupełniające zakupy i przygotowałyśmy TRZY desery! Ciasto bananowe (przy okazji zaczęłam przetwarzać skórki bananów na nawóz), tiramisu (bo ostatnim razem trafiłam promkę na mascarpone 1+1 i miałyśmy w lodówce trzy opakowania) i jaglankę, która jest wstępnie gotowa, ale muszę obrać do niej orzechy. Powstał też prosty obiad (tłuczone ziemniaki, brukselka i kiełbaski) i szczęście psa osiągnęło zenitu. NARESZCIE normalnie gotują! Z Łucją było zdecydowanie minimalistyczniej w kuchni!
🎺🎺🎺
Panna najstarsza tymczasem raczy się wiadrami świeżego mango i wczoraj dotarli na wyspę Cozumel. Gdyby popłynęli kawałek dalej dotarli by do Havany, a gdyby jeszcze kawałek to przybyli by na plaże w Miami. Niemniej jednak zawrócili, gdyż Meksyk jest cudowny! Wszędzie grają mariachi: byli i przed ich hotelem, i na promie na wyspę i na każdym placu, gdy panna nagrywa nam jakiegoś vloga albo głosówkę, to w tle śniadzi i głośni mężczyźni w wielkich kapeluszach atakują gitary, mandoliny i trabki wykrzykując coś z bailando w refrenie 😀 Na wyspie się spiekli, a dziś są już w drodze do Tulum. W Tulum jest aztecka świątynia!



























