
Dużo lęków budzą we mnie nadchodzące mrozy. Martwię się o auto (chociaż dolałam mu dziś dobrego oleju z czego jestem bardzo dumna) i o to, że woda z termy płynąc zimnymi rurami będzie docierać do wanny zimna. I że drewno nam się kończy, chociaż w rozpalaniu kominka osiągnęłam mistrzostwo. Łucja dziś na noc znika z Miłkiem, na jego święto (wyżej macie jej paznokcie- ręce są czerwone, bo rękawiczek RACZEJ nie nosi, a pazy prezentowała po wejściu do domu trzymając ciasto drożdżowe) i dobrze, bo będzie jej cieplej! Jest więc zimno, lecz z drugiej strony piękny ten biały śnieg i WIEMY, że dobrze, że go tyle JEST, bo był potrzebny…
Btw. Mieszkowi też jest ciepło, a dziś byli na warsztatach robienia NOŻY. To taka atrakcja, o której młody marzył i było to zarezerwowane jeszcze z Polski. Ostrzyli je, grawerowali i osadzali. Mają nawet plan jak przewieźć je do Polski (samolotem w podręcznym nie da rady, a oni mają tylko plecaki), bo będą wysyłać je stamtąd kurierem!





























