Boo!

Młody rano wyciął dyńkę (no dobra, jego narzędziem była wiertarka, a nożem działałam ja), potem mielimy mnóstwo spraw po drodze (jakiś tam dok z Lilą i Mieszkiem, fryzjer z lokami panny średniej) i koniec końców nie zdążyłam się przebrać…

Ale z dekoracjami zdążyliśmy, Mieszko z kumplami ruszyli po cuksy, ja wydawałam słodycze tym duchom co to do nas przyszli (w tym roku mamy rekordowo dużo pukających do drzwi, co denerwuje Bibs), a Lila z Łucją i z Matim zasiedli do maratonu horrorów. Jeden już z nami, drugi w trakcie i robi się coraz straszniej 🙂 Chyba pójdę smażyć naleśniki! Tu filmik, a niżej tegoroczna dyńka!

Dynia + 3 białe małe dyńki+ korzonki kurkumy jako robole

I tłumy w sklepach straszne (znać, że dni wolne nadchodzą i będą się ludzie gościć)

Gdzieś pomiędzy kupowaniem cukierków (CIĄGLE NIE MAM DYNI!!!), zniczy i robieniem zupy, wyrwałam się dziś do szkoły Mieszka, żeby robić za fotografa ich CZYTANIA Dziadów. Młody ma cudowną i pełną świetnych pomysłów wychowawczynię, a tę akurat lekturę bardzo lubię. Wszyscy musieli się przebrać (Mieszko był chórem nocnych ptaków) i czytali swoje role. I ładne te dzieciaki u niego w klasie, a po takim przerobieniu lektury chyba nawet zapamiętają! W sali było ciemno, rolety były opuszczone (Ciemno wszędzie, głucho wszędzie) i bardzo jestem dumna, że mój obiektyw jest na tyle jasny, że dał radę w takich trudnych warunkach!

Testosteron’s cave

  • Spróbuję go, Lila, wepchnąć jako dwunastolatka, bo do tego wieku jest taniej.
  • Matko, nie uda Ci się. To jedno dziecko Ci się nie udało, bo wygląda starzej niż ma w rzeczywistości. Już ja bym prędzej udawała dwunastolatkę.
  • Fakt. To upomnę się o zniżkę z okazji pierwszej wizyty!

Fryzjer z Mieszkiem odbębniony, weszliśmy do tego samczego przybytku, gdzie na ścianach wisiały tabliczki z napisem „męska jaskinia” i nie wiem czy wycieczkę powtórzymy. Na fotelach mężczyźni mieli ponaklejane paski z woskiem, bo regulowano im brwi, jeden siedział z farbą do włosów, a barber Mieszka przez 10 minut męczył go rozmową JAK go obciąć? Ile minimetrów na bokach i jak wysoko wycieniować z tyłu. Wszystko trwało godzinę, młody wygląda świetnie, ale jak wyszliśmy powiedział: Wolę do Aldony, bo ona to robi w 20 minut.

Tymczasem wtorek, zakupy na rynku zrobione i kolejna porcja dyni już się piecze w piekarniku! Mamy też dużo jabłek i gigantycznego pora, który przypomina palmę! Ach, no i wordpress zrobił jakąś aktualizację, która mnie doprowadza do szału :/ Przyzwyczaję się, ale na razie sobie pomarudzę.

liściopad za rogiem

Krótki ten tydzień, ale gonią mnie wszystkie możliwe zaległości końca miesiąca. Wysłałam twórczą zaległą zaległość, muszę nadać paczkę ze zwrotem bluz, co to je zamówiliśmy z tydzień temu (i nie trafione) oraz kupić cukierki na czwartkowe święto. Pojadę po nie pewnie z Lilką. Na jutro ustawiłam Mieszka do barbera, bo on nie chce chodzić do mojej fryzjerki, a te jego włosy jego są już zdecydowanie za długie. W pobliżu mają otworzyć jakiegoś ekskluzywnego tureckiego barbera i tak czekałam aż ruszą, to może młody mógłby chodzić sam, ale JESZCZE nie ruszyli, więc idziemy do innego. Fryzjera z Lilką mam natomiast w czwartek zaraz po dermatologu, do którego idę z Lilą i z Mieszkiem. Mamy termin na sanatorium i po burzliwych domowych dyskusjach towarzystwu pasuje koniec grudnia. Ten, który oni nam zaproponowali był na początek listopada, a ten termin z różnych względów nie może być. Do sanatorium już dzwoniłam, będą oddzwaniać, ALE chyba się uda tak jak dzieciaki chcą.

W środę idę do szkoły Mieszka, żeby pomóc przy wystawianiu Dziadów i jest to absolutne minimum, które mogę wykonać w zamian za to, jak szkoła pomaga mi z różnymi tematami. Diabli przyjeżdża w piątek, a w sobotę pewnie pojadę do dziadków sprawdzić co u ich kota, bo oni na te dni wyjeżdżają. Dyniek cały czas nie mamy, ale to może jutro jadąc z Mieszkiem do tego BARBERA coś kupimy? Nie da się chyba w jednym tekście więcej użyć tego samego słowa, więc domyślacie się pewnie, że bardzo jestem tą wyprawą do MĘSKIEGO fryzjera podekscytowana! 😀

Dyniujemy w zmianie czasu

  • Ale ta tarta wczoraj nam wyszła świetna, nie? Łucja powiedziała, że ona nie jest fanką fety, ale pasowało. A te kawałki pieczonej dyni były pyszne. Można było ich więcej dać.
  • Dokładnie. Nie lubię ciasta filo, więc nie wiem czy bym to powtarzała, ale samą dynię można jeszcze trochę podkręcić i robić ją do bowli.
  • Genialne, Lila! Dynię można wrzucać do bowli! A gdyby tak jeszcze marynować w syropie z granatów?
  • To będzie za słodkie… Można by też zrobić makaron z dynią, albo do zupy dyniowej wrzucać kawałki upieczonej dyni.
  • Ależ to dobry pomysł, Lilciu! Otwórzmy tę knajpę!!
  • W zupie dyniowej wszystko się rozgotowuje, a to byłoby całe kawałki dyni. Jak się nazywała ta dynia?
  • Piżmowa. Też uważam, że jest wybitna!

Bardzo wdzięczne warzywo ta dynia, bo za co się nie zabierzemy, to wychodzi. Pumpkin pie, był dobry, ale najwyższa warstwa wyszła nam za mokra. Wrócimy do tego ciasta w innym przepisie, chociaż dziadkom smakowało. Pojechaliśmy dziś do nich w okrojonym składzie, bo Łucja miała chrzciny. Dwa lata temu byli z Matim na ślubie jego kuzynki, a dziś, tamtejsi państwo młodzi robili chrzciny swojej półrocznej córeczki. Tradycyjnie przechodziliśmy więc od kilku dni dramat, że nie mam w co się ubrać, a jak JEJ już WYBRAŁYŚMY strój (ja i Lila), to ona rano założyła tę SAMĄ sukienkę, którą zakłada zawsze.

ciasto dyniowe upiekłyśmy w foremce w SERDUSZKO

Archiwizacyjnie dorzucę, że Mieszko pojechał wczoraj z kolegami na klopsiki i wyszedł z domu o 11-stej, a wrócił po 18-stej. Nic za bardzo nie zjedli, bo do klopsików była kolejka, ale poszli na kebaba, a potem pojechali do miasta odwieźć jednego kumpla, który mieszka dalej. Jest to pierwsza samodzielna miejska wyprawa młodego, nic za bardzo tam nie zrobili, ale prawie złapał ich kanar, bo nie mieli biletów, pomogli jednej pani i grali na jakichś automatach.Cieszę się, że sobie poradzili!

Chcesz komuś zaimponować- nakarm go.

-Tę dewizę wpoił Stalinowi jego kucharz, który zresztą chyba był jego bratem. A pochodzi to z książki – „Rosja od kuchni” i czyta się to świetnie. Gdyż wszystko kręci się wokół jedzenia!

U nas dziś piecze się dynia, bo spróbujemy podejścia do dwóch dań: pumpkin pie oraz tarty z ciasta filo, którą ostatnio robił Rozkoszny. Przynajmniej jedno powinno się udać 😉 Mieszko pojechał dziś z kumplami na klopsiki do szwedzkiego sklepu i przy okazji mieli obejrzeć dywany. Ci współcześni chłopcy całkiem lubią takie domowe rzeczy, a Mieszko od kilku miesięcy marudzi, że chce nowy dywan. Już wracają i bardzo jestem ciekawa ich wrażeń. Całą wyprawę zainicjował jego kolega, który od tygodnia gadał o cynamonkach, że jak pojedzie to kupi SZEŚĆ.

  • To ciekawe mamo, że Ty nie lubisz pizzy.
  • No jakoś nie lubię, Lila. Lubię włoską kuchnię, ale pizzy nie lubię.
  • Tata lubi. Pomimo tego, że zawiera gluten, to lubi.
  • Pizza szybko daje uczucie sytości, a to jest uczucie, które mężczyźni chyba lubią bardziej niż kobiety. Jak kobiety tyją to na ogół dlatego, że mają mało ruchu, albo bo przesadzają z nagradzaniem siebie. Pomijając oczywiście choroby i hormony… Z drugiej strony tycie jest bardziej prawidłowe niż chudnięcie. Niemniej jednak mężczyźni tyją, bo lubią być ożarci 🙂 Napchani tak, że nie mogą się ruszyć i też często mają za mało ruchu.
  • Ja też tak czasem mam, że lubię być tak najedzona, że nie mogę się ruszyć.
  • To prawda. Duże uproszczenie ta moja teoria, ale zdecydowanie pizza nasyca nas tak, że czujemy się ojedzeni.

jak piątek to ryba

Dworzec w Kutnie wcale nie jest taki brzydki jak to śpiewał Kazik. W sumie to całkiem ładny i odnowiony XIX-wieczny dworek nawiązujący architekturą do renesansowej włoskiej willi, w którym nieźle karmią 😉 A znalazłam się tam, bo nowym segmentem mojej pracy jest tworzenie szkolnej społeczności w całej Polsce. Od jakiegoś czasu nie jestem już w marketingu, bo nie do końca był to jednak mój żywioł. I ładne to jesienne Kutno!

w tle powstaje zupa brukselkowa

  • Z tej karty będzie duża latte? – zapytałam na stacji benzynowej podając kartę lojalnościową. Zbieramy na niej na kawy.
  • Mogę osiem złotych zdjąć.
  • Świetnie! Ściągamy i dziś tylko ta kawa.

Wsiadłyśmy rano do auta z Łucją, a tu nie dość, że wokół mleczna mgła, to o biorytm słaby. Zrobiłyśmy sobie więc postój na kawę! Ja to się znowu nie wyspałam i WIEDZIAŁAM, że jak TAK zacznę tydzień to będzie mi się tak ciągnąć. Wczoraj nie mogłam zasnąć, bo dzień był tak naszpikowany emocjami, że miałam problem z wywaleniem tego z głowy, a ja już w końcu zasnęłam, to o czwartej atak szczekania miała Bibi i to tyle było by z tej nocy.

Za to dziś, gonitwy cd, LECZ udało mi się wymienić opony! I chyba zmienię mój cudowny warsztat, na ten w którym dziś zmieniałam opony, bo zwyczajnie jest tańszy. Goście dolali mi olej co to moje auto go wypija jak lemoniadę i kosztowało to połowę tego co tam. Plus jest bliżej, więc może na wiosnę wymienię u nich też klocki?

I żeby nie było tak smętnie i marudząco z porannym widokiem na zamglone dystrybutory, to pochwalę moje dzieci, że jak wczoraj taka zmemłana weszłam do domu, to w tworzeniu obiadu (bowli) pomagał mi również Mieszeczek (obok Lilusi, bo Łucja ma taryfę ulgową). I też wspaniały z niego kuchcik więc wszystko poszło szybko i sprawnie!

Mądra kobieta niewiele mówi

-„Piołun na zapomnienie”, mój nowy audiobook, który na razie jakoś nie porywa. Znalazłam w bibliotece, bo mi się drugi tom spodobał (z opisu), a na półkach okazało się, że jest też pierwszy, WIĘC pożyczyłam obie części i mam nadzieję, że akcja się ciut bardziej rozwinie!

Byłam dziś na wycieczce z uczniami. W Urzędzie Statystycznym! Bardzo mi się podobało, do oprowadzania nas po tych największych w Polsce zbiorach, oddelegowano aż dwie osoby i nie dość, że mieliśmy super wykład, to jeszcze nas zasypali gadżetami z urzędowym logo (moje dzieci najbardziej ucieszyły się z długopisów, bo u nas w domu tego BRAK). Statystyka to potężna sprawa. Każdą, nawet największą bzdurę i herezję można poprzeć statystyką. Trzeba tylko wiedzieć jakie pytania zadać. I w drugą stronę jest tak samo. Każdą zatwierdzoną formułę można podważyć absolutnie bezwzględną statystyką.

  • Mamo, a wiesz że nasze imiona nie są już takie niepopularne jak były kiedyś – statystycznie zapytały mnie panny w niedzielę.
  • Dużo osób tak nazywa swoje dzieci? Tak jak Wy?
  • Tak – powiedziała Lilka – wszystkie nasze imiona stały się modne. Łucja i Lila są w TOP 30 najczęściej nadawanych, a Mieszko jest na jakimś 70.
  • Nieźle. Tzn. słabo. Nigdy nie lubiłam gdy spotykałam za dużo Justyn.
  • A wiesz gdzie są Justyny? NIE ma ich! W rankingu w ogóle się nie pojawiły!
  • To niezłe zouzy byłyśmy, że nikt nie chce po nas dzieci nazywać 😀

wisienka na maglu

  • Poproszę 3 kg Bellarosy.
  • Już nie ma. Ten Pan zabrał całość.
  • Aaaa. Za późno przyjechałam…
  • A do czego Pani potrzebuje?
  • Frytki.
  • To Lily będzie dobra.
  • To żółte ziemniaki?
  • Tak. Z wody też będą dobre, chyba, że będzie Pani robiła placki, to do placków będzie lepszy Tajfun. Nałożyło mi się cztery kilogramy. Odłożyć?
  • Nie. Niech zostanie.

Parę miesięcy temu dołączyłam do grupy polecajek jedzeniowych za 100 PLN na tydzień. Tak na to patrzyłam i myślałam, co też tak ci ludzie kombinują, żeby tyle schodziło im na osobę przez siedem dni. Ale wkręciłam w temat moją domową podkuchenną, która ma mistrza w klasie sosów (jak wiadomo w szczeblach kulinarnej wirtuozerii, klasa sosów jest najwyżej), czyli Lilianę i zaczęłyśmy się zastanawiać czy to dużo czy mało. Wiele osób dziękuje grupie, że udało im się utrzymać taki wynik, więc pomyślałyśmy, że i my zliczymy nasze żywieniowe wydatki. I powiem Wam, że to jest absolutnie do zrobienia i się mieścimy. Może nie w każdym tygodniu, ale jest to możliwe. Nie wchodząc w ogóle w żywność marek własnych supermarketów i produkty podejrzane (z krótkim terminem, albo z dziwnym składem), naprawdę da radę i jest to jedzenie dobre. Główną ideą naszej kuchni jest żywność nieprzetworzona, brak czipsów i batoników, a najwyższy stały koszt to cotygodniowe zakupy na rynku. Codziennie dochodzi też określona kwota z piekarni, ze cztery razy w tygodniu jakiś kawałek mięsa oraz ze dwa większe zakupy z nabiałem i tłuszczami. Mamy tu pewne oszukaństwo jakim jest niedzielny obiad u dziadków, plus wywalam z kosza wydatków karmy dla zwierząt. Pytanie czy powinnam liczyć obiady w szkole u Mieszka, bo nie liczyłam. Dziś jakby nie było pyka mi ogórkowa, mam także ochotę na naleśniki z pieczonymi jabłkami, a jak już uruchomię piekarnik to wrzucę tam kolejną porcję papryki z pomidorami do sosów! I na rynku kupiłam nasze ukochane mutsu, którą to odmianę jabłek przypominam Wam co roku, bo jest przepyszna!

Dużo dziś się działo, na rynek dotarłam bardzo późno i w biegu, ale jeszcze parę osób było! Mieszko jest zgłoszony w konkursie kuratoryjnym z matematyki, chodzi mi po głowie pumpkin pie, ale muszę omówić TO z Lilką. Byłam w pralni i jak oddali mi pranie, to na wierzchu leżała piżama młodego. Jak był kiedyś malutki to zakopał w pościeli swoje majtki i też mi je oddali ułożone na szczycie. Zwieńczenie magla!