Nie mógł jeden sąsiad wyjechać, bo ktoś go zastawił. Czyjś gość postawił auto tak, że on się nie mógł złamać. A ten sąsiad to mundurowy i on ma takie wezwania jak strażacy. Dzwonią i on ma 10 minut na dotarcie na miejsce zbiórki. I strasznie się pieklił, więc tak staliśmy wszyscy próbując go uspokoić i problem rozwiązać. Przyjechał na to inny sąsiad, który jest specjalistą od kreatywnej komunikacji. I powiedział coś co dla mnie będzie maksymą tego lata: Spokojnie. To tylko problem. Jutro będzie kolejny :) Bardzo mi się to spodobało!
Środa. Dostałam esemesa z przypomnieniem, że w piątek odczulam Lilkę (dobrze, że przysyłają bo bym zapomniała) i przyłapaliśmy Miaustrę, że przychodzi wyperfumowana męskimi perfumami. Dziewczyny twierdzą, że ona ma, podobnie jak Bibi, daddy issues i rzeczywiście kocica chyba chadza do kogoś na głaskanie… Podejrzewamy tego równolatka Łucji co to się nią zajmował, gdy byliśmy w Albanii, bo na zdjęciach, które dostawaliśmy, były dowody WIELKIEJ sympatii, co jest dla NIEJ nietypowe.
<><>
Wkleję sobie dwie rzeczy na zaś, żeby mi zginęły. Nieruszone mamy te Niemcy południowe, a to naprawdę dobry kierunek na wakacje. W Monachium jest niemiecki Hollywood, czyli studio filmowe, w którym powstały np. Niekończąca się opowieść czy Das Boot (linek), a tuż przy granicy ze Szwajcarią, nad jeziorem Bodeńskim, we Friedrichshafen, jest niezłe Muzeum Zeppelinów.
jakoś w lipcu zawiesiłam obrazki ze smokami (moje i Mieszka) w drodze na strych. dobrze to wygląda, tak sobie myślę
sorki za filtry – włączyły mi się automatycznie- AŻ tak gładko i bezzmarszczowo to nie ma!
Dzisiaj poprawkowe matury. Wzięłam sporą zakładkę czasową na dojazd, ze względu na burze i podtopienia i I TAK tak utknęłam oraz I TAK musiałam kombinować jak przebudować dojazd, żeby zdążyć do mojej komisji! Powiem Wam też, że kończy się lato, bo DNI zaczynają się później. O piątej jeszcze jest ciemno i makijaż robiłam dopiero jak dotarłam na miejsce. Smarki w tym czasie miały wstać, wyprowadzić psa, ubrać się i dotrzeć gdzieś na lanczyk, ale TAK się zbierały, że jak wyszłam z egzaminów to ich jeszcze na mieście złapałam! Zjedliśmy więc razem i wróciliśmy też razem!
<><>
Poza tym, sąsiedzi postawili dziś płot (w tej części pomiędzy nami), co oznacza, że mogę ruszyć z naprawą ogródka. Zaczekam chyba z tydzień /dwa, żeby mieć pewność, że nie łupnie jeszcze jakąś kolejną suszą i ruszam z reanimacją moich włości 😉 Podsypywaniem, nawozami i nasadzeniami!
Trasa z Dolnego Śląska oznaczała dla mnie 530 przejechanych, jednego dnia, kilometrów. I jest to mój rekord. Taką samą ilość miałam do pokonania gdy wracaliśmy cztery lata temu z Wilna i tym razem było łatwiej. Myślę, że dlatego, że po drodze były postoje. I to takie połączone z łażeniem, a nie tylko szybkie wpadnięcie po kawę. To też dla mnie wskazówka jak układać sobie plany podróżnicze, bo więcej nie dam rady. W tamtą stronę było jeszcze inaczej, bo niby jechaliśmy prosto, ale a) jak coś tam rano musiałam jeszcze zrobić, b) po przyjeździe okazało się, że schronisko otwiera się o 17-stej, więc zamiast takiego przechlapania się wodą i odsapnięcia ruszyliśmy od razu na miasto coś zjeść. Jak WIECZOREM padłam, to Lilka, która miała łóżko obok mojego, rano powiedziała, że JAK ja i Mieszko jesteśmy zmęczeni, to zasypiamy mocno i podobnie oddychamy w nocy. Tym niemniej jednak, myśląc o podsumowaniu lata, to auto było najczęstszym środkiem transportu.
<><>
Poniedziałek. U mnie urwanie głowy, bo w tym tygodniu poprawkowe matury! W piątek duże zakupy, w weekend imprezka i będzie ogólne napięcie! A dziś już byłam na wyjściu z uczniami na wystawie o street art-cie (tu roleczka – kiedyś jak będę bogata to sobie takie płótno ze sztuką ulicy kupię, bo czuję to lepiej niż malarstwo klasyczne).
Myślę Łucja, że w takich małych kieliszeczkach jak porto.
Czyli taki szoty?
No, nie. Szoty walisz na raz, a porto pijesz małymi łyczkami.
A dziadki mają takie szklaneczki?
Na pewno. Ewentualnie można, chyba, też go pić w takich małych kieliszkach na wysokiej nóżce. Jak nalewki.
Na Zamku Czocha kupiliśmy miód. Pitny (btw. na zamku w Grodźcu kupiliśmy także miód- miód). Ale na zamku Czocha był gość, który miał miody pitne. Podeszłyśmy do niego z Łucją, żeby panna (pełnoletnia wtedy od dwóch dni) wybrała TEN, który jej posmakuje najbardziej. Gość miał różne miody, nalewał je do takich mikro kieliszeczków, ja (wiadomo) kierowca, więc nie mogłam próbować, lecz Łucja MOGŁA. Odrzuciła miód z jagodą kamczacką, odrzuciła taki bardzo słodki i wybrała TEN, który uznała za najsmaczniejszy. Taki oto napój będzie serwowany na jej przyjęciu urodzinowym, które będzie w przyszłym tygodniu. Przygotowania idą pełną parą, bo urządzamy to w ogródku u dziadków. Dziadki bardzo to przeżywają i ponieważ co chwila musieliśmy gasić jakiś pożar inicjatyw, to postanowiliśmy, że dziadkom NIE zostawimy przestrzeni na włączenie się. Będą gośćmi. Po prostu oni się tym strasznie przejmują, czy wszystko będzie dobrze i my w kółko uspokajaliśmy ich, że MY wszystko ogarniemy. Że jest to impreza rodzinna, a że sytuacja jest skomplikowana, to NIE możemy być sztywni i formalni, oraz że powinniśmy zostawić przestrzeń na błędy i prowizorkę. Jeśli zabraknie jedzenia (mało prawdopodobne) zamówimy pizzę, nie chcemy też kelnerów obsługujących grilla, bo to nie sprawi, że atmosfera będzie lepsza, a zostawiając wszystko NAM bierzemy na siebie odpowiedzialność, że komuś może się nie podobać. Nikt tu nikogo nie będzie oceniał, bo goście to RODZINA, a w rodzinie nie wszyscy muszą być idealni. By ten proces przebiegał GŁADZIEJ kupiliśmy też specjalne urządzenie do szaszłyków. Dziś na obiedzie u dziadków je wytestowaliśmy – DZIAŁA, czyli ten punkt odfajkowany!
Ach, i wczoraj byliśmy na „Obcym”. To kolejna wersja, zrobiona pod pokolenie Z by zapoznać ich ikonicznym postrachem. Podobało nam się. Tu roleczka jak ktoś ma ochotę!
Miałam, w tym Bolesławcu, kupić sobie mydelniczkę. Potrzebuję dwie, a nawet trzy sztuki, bo w kuchni TEŻ nie mam (tam zawsze było mydło w płynie). Dwie pozostałe wytłukła Lilka… I tak myślałam, że może jakiś dół od maselniczki się nada (?), albo kwadratowa miseczka (?), lecz nic takiego nie znalazłam. Tak jak pisałam, liczyłam na takie przyfabryczne wyprzedaże, a na takie coś NIE trafiliśmy, więc wyprawę trzeba powtórzyć!
Domowo cały czas wracamy do rzeczywistości, robią się prania, rano dałam radę pobiegać, a po południu MOŻE nawet dotrzemy do kina?
Zamek Grodziec – jak widać pełen ludzi w strojach z epoki!
Śląsk już KIEDYŚ zaczęliśmy. Parę lat temu, gdy były bony turystyczne wylądowaliśmy w Kotlinie Kłodzkiej. No i był ten region do ruszenia, więc przesunęliśmy się o 50 km na północ od ostatniego zwiedzania. Lilka zapamiętała z tamtego wyjazdu, że było dobre jedzenie i to się NIE zmieniło. To nie jest tani region, ale porcje ZAWSZE dają podwójne. Wszędzie indziej, jak zamawiasz pierogi to dostajesz 5-6. Tam?? Wjeżdżała górnicza micha! Gdy Mieszko zażyczył sobie schabowego z frytkami, to podano mu DWA schabowe, bo mieli wyliczone ILE ma ważyć kotlet. Wszędzie podkreślają że wszystko jest robione na miejscu i nie stosują żadnych skrótów czy półproduktów! Pierogi klejone są w kuchni, a kotlety rozbija się PRZED podaniem. Ba, sok malinowy, którym polano nam jedno brownie (NA ZAMKU!) pochodził z malin z podzamcza! Jagodzianki są jak DWIE, albo nawet trzy razy, takie jak u nas, a gdy zamówiłam LEKKĄ przekąskę pt ziemniak z gzikiem to dostałam MEGA kartofla z michą twarożku z rzodkiewką i szczypiorkiem.
Nocleg mieliśmy w schronisku w Złotoryi. Rewelacyjny! Byliśmy jedynymi lokatorami poniemieckiej willi, drzwi mieliśmy otwarte, łazienki wolne, a do dyspozycji kuchnię z wielką jadalnią. Cena za osobę (wraz z pościelą) wychodziła dwucyfrowa (za TRZY noce), więc jest to nas absolutny cenowy rekord. Kręciliśmy się wokół Złotoryi: dolina Bobru, kopalnia złota, wodospad Kamieńczyka, Jelenia Góra wraz z fabryką szkła, Świeradów, zamek Czocha i zamek Grodziec. Czasem zjeżdżaliśmy z zaplanowanej trasy i w ten sposób, podczas przerwy kawowej, odkryliśmy zamek w Lubiechowej.
BARDZO nam się podobało. Jedyny mankament to, że od atrakcji do atrakcji się przejeżdża autem, no ale jak ma się takie wakacyjne ADHD jak my, to TAK wychodzi często. Byliśmy w kopalni złota w Złotoryi, jeździliśmy po zamkach i wydobywaliśmy kamienie z górskiego potoku. Mapy gdzie są złoża kamieni można znaleźć w necie, ale polecam Wam dołączenie do wydarzenia na Fb, bo wtedy idziecie z lokalnym geologiem. My tak NIE zrobiliśmy (bo nie wiedzieliśmy, że tak można), ale spotkaliśmy po drodze taką grupę i podobało nam się taka wycieczka. BO, tam gdzie złoto jest i miedź i srebro, a w tych górskich rzekach nawet nieprzygotowani odkrywcy (jak my!), znajdują garście agatów, kryształów i kobaltu (kamienie ponazywał nam przewodnik z grupy, którą mijaliśmy). Ba, parę dni wcześniej, o czym wiemy od przewodnika w kopalni złota, w tym samym miejscu gdzie byliśmy, gość znalazł RUBIN! Zamki na trasie były dwa: osławiony zamek Czocha – cudny, choć tłoczny oraz zamek w Grodźcu. Ten drugi to nasze odkrycie wyjazdu, polecone właśnie przez wspomnianego już przewodnika z kopalni. Schowany w lesie był praktycznie nienaruszony. Piękne witraże, krużganki, a na dodatek władowaliśmy się tam w Dni Rycerskie i na zamku było tłoczno od ludzi w strojach z epoki (wpisuję na listę do zrobienia: wziąć udział kiedyś w czymś takim!). Miastem, które nas urzekło była Jelenia Góra. Szok, jak tam jest niesamowicie. Panny weszły do kawiarni i powiedziały, że u NAS, nie ma takiego wyboru! Jeśli chodzi o uzdrowiska to porażką okazała się być skomercjalizowana Szklarska Poręba, ale przecudowny był Świeradów Zdrój. Do Świeradowa mieliśmy jechać na noc spadających gwiazd, bo tam można było je podziwiać z górskiej gondolowej kolejki, ale w końcu leżeliśmy na śpiworach (bo nie wiedziałam, czy nie bądą potrzebne i były w bagażniku) przed schroniskiem (tak jak mówię to była taka poniemiecka willa z dużym ogrodem). Z każdej strony otaczały nas góry, powietrze było cudowne, a turystów maławo.
Wpadliśmy też do Bolesławca! Nastraszył mnie brat przed wyjazdem, że przecież wracamy w dzień wolny i wszystko będzie zamknięte, ale jak zaczęłam przebudowywać grafik to zorientowałam się, że będziemy akurat na Dni Ceramiki w Bolesławcu! Nie ma wtedy co prawda wyprzedaży z zapasów przyfabrycznych, na które bardzo liczyłam, ale za to zjechały się tam wszystkie bolesławskie manufaktury i znalazłam taką, która naprawdę piękne rzeczy robi!
Temat będzie jeszcze wałkowany, a Śląsk będzie powtarzany. W planie a) była też wyprawa do Czech, bo tuż obok jest Czeski Raj, albo do Gorlitz, bo po niemieckiej stronie Zgorzelca jest jakiś tybetański park, gdzie podobno nieźle karmią, ale nie zdążyliśmy. Zajrzeliśmy za to do DM, bo u nas nie ma, a panny do tych niemieckich sklepów drogeryjnych mają słabość. Z wodospadów widzieliśmy tylko Wodospad Kamieńczyka, ale tuż obok jest też Wodospad Szklarki, na który zabrakło czasu i sił.
Złotoryja nam się bardzo podobała. Rano ochotnicy szli na rynek po jagodzianki i MALINIANKI (polecam SŁODKIE wypieki :), z ratusza biły kuranty, był zalew i żyje się tu dobrze
wiata przed schroniskiem
zbieranie kamieni
zamek w Lubiechowej
wejście pod wodospad Kamieńczyka
mam jeden obiektyw, przez który polowa zdjęć wychodzi rozmazana, za to jak już jakieś się UDA to niemalże National Geographic 😀
Skończyłyśmy wczoraj, we TRZY (bo razem z Łucją), serial. Raczej nie oglądamy w tym zestawie, a tym razem historię, o ludzkich hybrydach, nam się udało! Mieszko nocował u kumpla, czekam teraz na wiadomość od niego, że wraca, po podjadę i go zgarnę gdzieś po drodze, żeby nie tachał tego śpiwora i poduszki sam.
<>
Gdy obudzi się Lilka, upieczemy jakieś ciacho z jabłkami na obiad do dziadków, a wieczorem zaczynamy pakowanie! Jutro ruszamy na kolejną wakacyjną eskapadę i wracamy w czwartek! Autem, ale BEZ Bibi, za to z Matim. Pomysł na wyjazd pojawił mi się po ubiegłorocznych targach turystycznych, kiedy zdobyłam książeczkę ze schroniskami PTTK. Wściekła jestem na siebie, bo gdzieś ją zgubiłam, a jest to baza niedostępna w necie, a tam wszystko było ładnie posegregowane: na regiony, na schroniska z psami i z podziałem na rodzaje pokoi. Na szczęście miałam też kilka ulotek i one mi się NIE zapodziały. No cóż, idea zakiełkowała i sprawdzimy jak to się w takich miejscach mieszka!
Pokaże Wam moją donicę. Kwiaty przed domem mi popadały. Przedłuża się remont płotu u sąsiadów i wszystkie moje cieniolubne roślinki zniosły to źle. Na jesieni czeka mnie wielkie dosadzanie i tak sobie myślę, że chyba pójdę w hibiskusy, bo one mi rosną na potęgę. Mam już trzy krzaki i czują się u mnie bardzo dobrze! Za to w donicy zasiał się kolorowy rumianek. Wielka, żółta kępa przed domem się NIE utrzymała, ale dała radę się rozsiać!
-powoli szykujemy się do kolejnego wyjazdu, który będzie bliski i krótszy, LECZ cykl pralniczy narzuca pewne procedury i zdecydowanie łatwiej wybiera się na wyjazd stroje, które LUBIĄ.
Śmieszna dziś wyszła akcja z bieganiem. Otóż Łucja wstała rano, jak to ona, i poszła z Bibi. Po czym obudziłam się ja, chciałam wychodzić, ale NIE miałam psa! Sprawdziłam pokój dziewczyn i zobaczyłam, że łóżko Łucji puste… Więc napisałam: Córko, a Ty gdzie mi psa zabrałaś? Dziś sobota i ja z nią biegam! No i okazało się, że Łucji pomyliły się dni, co tak naprawdę, na wakacjach, jest naturalne! Miała więc psa podwójny spacer, bo przecież jak ją nie zabrać na spotkanie z psimi przyjaciółmi? Dziś trochę krócej biegłam, bo ona jednak była po godzinnym spacerze, ale trening zrobiony. A biegowym dziewczynom zachwalałam mojego mopa. Wczoraj umyłam nim szafki w kuchni i drzwiczki nareszcie są czyste!
Wkleję Wam linka do rolki lokalu, do którego dotarły wczoraj dzieciaki. Zjedli tam, zrobili (DLA mnie!) zdjęcie w fotobudce (już wisi na lodówce) i kupili sobie koreańskie przysmaki. Ba, dziś rano Łucja zrobiła bubble tea! I wyszło jej!
Zawaliłam wczoraj jedną pracową sprawę. A nawet dwie. A potem przyjechał koleś od krzesełka haucka, co to je wystawiłam gdzieś tam w necie i ja o nim zapomniałam. Ale remont zakończony, krzesełko wydane, farby pochowane a wałki się suszą. Lilka mówi, że podobno w gastronomii, jak kelnerki się mylą to często mówią: proszę wybaczyć jestem pierwszy dzień po urlopie, a że rotacja klientów jest duża, to tego argumentu można używać w nieskończoność. Dobre. Podoba mi się. Przejmuję! Btw. znałam kiedyś dziewczynę, która co coś szło pod górkę to mówiła: Wrócę do gastronomii. Wszyscy mnie tam lubili! Nie będziemy więc niczym martwić, bo dumna jestem z tego przyziemnego zakończenia czynu malarskiego!
A dziś towarzystwo pojechało sobie na lanczyk i bardzo mnie to cieszy, bo ja SOBIE do końca posprzątałam. Ba, nawet dotarłam na rynek po maliny, jeżyny i jabłka! A smarki wylądowały w jakiejś koreańskiej knajpie, przysłali zdjęcia, że jedzą, co oznacza, że ja mogę zjeść chleb z sardynkami i pomidorem i nikt mi się nie objawi z fochem, gdzie obiad!
Teraz widać jak bardzo trzeba odświeżyć sufit i framugi. Wiesz, na biało…
Ale to dopiero jak WSZYSCY wyjedziemy na ferie. Przy NAS więcej nie będziesz TEGO robić!
Tak sobie więc maluję, w przerwach pomiędzy obsychaniem kolejnych ścian, pracuję i zasadniczo nie mam czasu na gotowanie. Plus oczywiście jest bajzel, także towarzystwo patrzy na proces zdegustowane, chociaż efekty doceniają 😉
A na spacerze z Bibs przyuważyłam winogrona. Zerwałam i zjadłam i strasznie TO cierpkie jeszcze. Ale są, także jesień powoli wchodzi. Dobrze mi się nareszcie śpi i figi są pyszne tego roku!