falujące gąbeczki w stercie zapisanych zeszytów

Ci rodzice to naprawdę kreatywny gatunek! Na ogół na jeden miesiąc wakacji jest jakiś plan, a potem zaczyna się kombinowanie, jak tu wypełnić DRUGI? Jak towarzystwo jest młodsze to można podrzucić do dziadków, jak starsze to czasem samo się organizuje, ale i tak nas trafia, od samego patrzenia, jak oni strasznie się nudzą! Wypchnęłam wczoraj Mieszka do biblioteki, żeby oddał mi książki, a Łucja nauczyła brata jak robić wysyłki z paczkomatu to będzie ogarniał JEJ przesyłki na vinted! Lila zajmuje się kotami, a dziś jedzie ze mną do budowlanego, żeby rozkminić jak można kupić farbę jeśli nie znamy numeru koloru (muszę podmalować ściany i nie wiem jak trafić z kolorem).

Inni są jeszcze lepsi! Widziałam wczoraj jak do naszego stawu na polach, który jest deszczo- zbiornikiem i z roku na rok coraz bardziej wysycha, przyjechał ojciec z córkami (wszyscy na rowerach) i przywieźli ryby w worku foliowym i je tam wpuszczali. W sumie czemu nie? Ale to nic! Dwa dni temu widziałam DZIADKA, który szedł z wnuczką i bawili się w SAFARI. Wnuczka miała okrągły kapelusik i lornetkę, a dziadek puszczał na telefonie piosenkę „Lew na pustyni”. Mało zresztą, że puszczał, bo on skradał się i to śpiewał!!! Ba, jakiś taki miał przebłysk, że to chyba straszny cringe i chciał przerwać, ale wnuczka nakrzyczała: Dziadku, dalej!

Zmieniam pościel, a WCZORAJ przejrzeliśmy szkolne zeszyty (hura, zdążyliśmy w lipcu!). Była tego piętrząca się góra (plecaki wyprałam gdy towarzystwo było w Danii) i musieli to zrobić ONI. Kartkówki wylatują, ćwiczenia co mogą się przydać do matur, zostają. Na uzupełnianie szkolnego asortymentu nikt nie chce ze mną iść, a za świadczenie „Dobry Start”, co to mam nadzieję wkrótce mi wjedzie na konto, dzieci chcą NOWĄ walizkę, z której działają kółka…

Taką plastyczną pracę Mieszka znaleźliśmy w TEJ stercie. CUDNA. Te falujące gąbeczki się nawet uśmiechają!

Kółka (na stole i na twarzy)

  • Jak Wam minął dzień? – zapytałam wczoraj mamę, przez telefon.
  • Jakoś zleciał… Byliśmy z ojcem u lekarza, a potem musieliśmy pojechać banku z tą zablokowaną kartą. A u Was?
  • My pojechaliśmy do szwedzkiego sklepu na te klopsiki i wyobraź sobie, że Liliana wyszła z niemalże jadącego samochodu, bo doszła do wniosku, że ona nie chce, z NAMI, jechać.
  • Ty, też zawsze, po wakacjach byłaś nie do życia.
  • Pamiętam. Jakoś tydzień chyba trwało? Takie obrażenie na cały świat.
  • Tak było. Ktoś musiał to po Tobie odziedziczyć. Udało się coś kupić?
  • A wiesz, że tak? Kupiłam sobie łapki do kuchni. Miałam takie zużyte, nadpalone i prałam je by wyglądały jako tako, ale one były bardzo zniszczone.
  • Takie rzeczy trzeba wymieniać. Dobrze, że sobie kupiłaś.

Bo rzeczywiście kupiłam sobie takie termiczne podkładki. Potrzebuję je w kuchni i przy kominku, a w sklepie okazało się, że dwupaki kosztują kwotę jednocyfrową. Nad czym tu było myśleć? I jeszcze obrus na urodziny Łucji, ale to pokażę jak będzie w użyciu!

I dołączyłam do grona OKULARNIKÓW! Widzieć cały czas widzę, wada jest nieduża, lecz miałam sytuacje, kiedy tego wzroku zabrakło. To były np. momenty urzędowe, gdy nie widziałam druku. Stałam w okienku, w US i te krateczki mi się rozmazywały. To nie była przestrzeń na kokieterię „że NIE widzę”, było to bardzo ważne, ba wydaje mi się, że jedną rzecz zawaliłam przez to, że źle wypełniłam. Szkła, które wybrałam mają też filtr blue ray, bo czasem piszę coś w nocy (nie bloga, to na ogół robię rano – wieczorem tylko, gdy wcześniej się nie wyrobiłam) i są to jakieś pracowe tematy i przestaję widzieć. Bolą wtedy oczy, boli głowa, a ja próbuję się jeszcze na chwilę skupić. Nie są to okulary progresywne, więc normalnie chodzić w nich nie mogę, bo nie widzę tego co przede mną. Ma to ma być moja pomoc PRZY druczkach i formularzach. I przy kompie powyżej iluś tam godzin. A, wybrałam oprawki przezroczyste, bo bałam się, że będzie mi przeszkadzać krawędź, dlatego też są większe. Ogólnie bardziej podobały mi się takie całkowicie kwadratowe, ale to był wzór męski i one były trochę za duże.

poniedziałek

Rano się odczuliłam (w piątek odczulałam Lilkę) i zaczynamy kolejny tydzień! Zaproponowałam w pracy, że chętnie będę pracować TERAZ, za to przysługujący mi urlop wykorzystam jesienią. Czekam więc na decyzję, bo wtedy będę wiedziała jak mogę zaplanować resztę wakacji (jeśli coś to będą to takie krótkie wypady).

Mieszko z kumplem i Łucja z Matim (dwie grupy, nie jedna) chcą iść na Deadpola i jest z tym filmem pewne zamieszanie. Chodzi o to, że na świecie film ma kategorię 18+, w Polsce 16+ i jest cała masa obrońców dziecięcej psychiki, która w kinach zwraca dzieciom uwagę, że są na to za mali. Co jest totalną bzdurą, bo jak zostawiasz ekipę na sali i wygrywasz dwie godziny, żeby zrobić zakupy w galerii handlowej, a oni dzwonią po 10 minutach, bo jakaś pani powiedziała im, że to NIE dla nich, więc wyszli, to wszystko idzie Ci do góry. Poinformowałam już Mieszka, że jeżeli ktoś się do nich dowali, to ma powiedzieć, że matka WIE, że ten film zryje mu beret i jest gotowa ponieść koszty psychologa oraz, że JEDNAK (mimo wszystko, świadomi wszystkich możliwych zagrożeń) obejrzycie TEN film.

Mamy również w planach wyprawę do szwedzkiego sklepu, bo zestawy dziecięce w ich jadłodalnii są przez lato za złotówkę, a tu jakoś do pierwszego trzeba dotrwać. Ponadto jedna multimedialna wystawa zrobiła fajną promkę na wakacje i pewnie się wybierzemy, bo cena regularna nas odstraszała, a jak dzieci wchodzą za friko, to też zupełnie inaczej to wygląda. W piątek muszę podskoczyć do gminy, z praniem już jestem na bieżąco, a wypłukane z soli maska i buty do wody schowane są na strychu w oczekiwaniu na kolejny rok!

w aucie włączyłam sobie kolejnego audiobooka – widzicie jakiego fajnego mam alikowego pen-drive? To cała seria ukryta w „lodach i plastikowych czekoladkach” i bardzo je lubimy!

Wszystkie kluby w Gangnam będą nasze

z mojego nowego koreańskiego serialu na Dinsey-u. „Zło absolutne” to takie trochę „Młode Wilki”, tylko, że akcja osadzona jest w Seulu. Leci mi to szybko, bo prasowania mam sporo!

Niedziela. Wychodzę na prostą z praniem. Tłok w kolejce do bębna wywołują jeszcze dywaniki, które trzeba wyprać, a po nich zawsze piorę ręczniki. Czyli pierwsza tura ręczników była wyprana zaraz po przyjeździe, a druga dopiero jak ogarnę dywaniki. Dwa razy zrobiłam sobie już peeling, bo pomimo filtrów 50, ja na twarzy, po takich wakacjach, robię się skwarka. Przyszło mi do głowy, że ostatni raz pływałam w morzu dziesięć (2014) lat temu w Bułgarii (jeszcze w małżeństwie). Gdzieś po drodze wyświetlił mi się filmik z gościem, który mówił, że pływanie morzu jest zdrowe bo synchronizujemy pulsowanie naszego ciała z pulsowaniem ziemi. I chociaż zabiegi kosmetyczne były tam po łebkach, w dwóch na trzy miejscówki NIE było ciepłej wody pod prysznicem, to włosy mam mocne, a paznokcie mi się nie łamią. W Albanii ciepła woda jest podgrzewana przez słońce w takich baniakach i dopiero na drugim kempingu umyliśmy się dokładnie.

Nie byłam wczoraj pobiegać, bo odwoziłam towarzystwo na konwent kultury japońskiej (wrócili już sobie sami) i myślałam, że może DZIŚ rano się sprężę? Nie udało się jednak, obudziłam się za późno, a chciałam jeszcze upiec ciasto na obiad do dziadków (z papierówkami!). Panny opiekują się kotami sąsiadów – muszą tam chodzić i się BAWIĆ z kotami i mają za to dostać jakieś wynagrodzenie. Absolutnie niepotrzebnie, oni zawsze pomagają przy naszej kotce, ale fakt, że u nas instrukcje są uproszczone. Gonię też panny, by pozbyły się na vinted ubiegłorocznych podręczników, ale one twierdzą, że zajmą się tym PÓŹNIEJ. Btw. klubów! Na tej pierwszej plaży były dyskoteki (zaczynały się po 20-stej). Padaliśmy na nos w tym upale, ale dźwięki rezonowane przez kanion słychać było aż za dobrze. Najpierw mnie to przeraziło, ale o północy wszystko cichło i robiła się idealna cisza. I dziś przeglądając insta odkryłam filmiki z tych dyskotek 😀 I wyglądały te / te imprezy nieźle! DJ podejrzewam, że na motorówkach przybywali z włoskiego Bari 🙂

zrzutka zdjęć chyba już ostatnia!

to koczowanie na lotnisku PRZED odlotem- towarzystwo gra w UNO, które też jest rozrywką grywaną masowo przez europejską młodzież na kempingach/ w tle zachód słońca. – nie mieliśmy ciepłych rzeczy, więc wyjęliśmy z bagażu parea
z tych klifów na końcu cypla niektórzy skakali. To było wysoko, ale tam dość głęboka woda była.
widać BUTY Łucji. Wszyscy mieliśmy buty do pływania, chociaż na początku panny się krzywiły, że paskudne

To co się Unii udało to ta wolna młodzież. Wszyscy się ze sobą dogadują, każdy ma jakąś bazową wiedzę geograficzną i tak naprawdę inny kraj to jak inne miasto. Mieliśmy na tych kempingach mieszanki z różnych krajów i to były bardzo fajne dzieciaki. Na tym ostatnim kempingu trzech (chyba Niemców?) rozwiesiło sobie hamaki tuż obok naszych namiotów. W nocy tam zalegli i zaczęli gadać, co mnie obudziło. Leżałam i tak myślałam, że jak poczuję jakieś zioło to wyjdę i zagrzmię, ale nic takiego nie nastąpiło. I tak wyjrzałam i zobaczyłam, że zasypiają, a jeden ma rękę wywaloną z tego hamaka i przewraca szyszki na ziemi. Tak jak mały Mieszko, który zasypiał z ręką na podłodze, bo zanim padł budował z klocków. W społeczeństwie, gdzie nie ma zakazów, nikt się nie buntuje, bo i po co? Wskakiwali do wody (jak świetnie ci Niemcy pływali!) i było ich dziesięcioro płci obu.

Na tej dzikiej plaży były grupki szczupłych długowłosych Hiszpanek i włoskie pary. Włoszki opalały się topless i miały włosy pod pachami. Niektórzy ludzie w namiotach spali bez ubrania i co mocniejsze nie naciągali tropików, więc rano, zanim się przykryli, dzieciaki miał szok 😀 Btw. Były też francuskie rodziny z dziećmi jej i jego. Wszyscy byli fit, bo zejście na plażę nie było łatwe i wprowadzało to pewną selekcję, ale cała Albania to dziesiątki. Nawet moja piękna Łucja miała w którymś momencie doła, że ona jest gruba i wszyscy są od niej atrakcyjniejsi. Fajnie jest być częścią społeczności łatwych i bezkompleksowych ludzi. Nikt się nie upijał i nikt nie potrzebował coś udowadniać. Jest w tej młodzieży bananowe przeświadczenie, że bycie Europejczykiem to górka drabiny społecznej i chociaż rodzi to inne problemy (to, że spada chęć kształcenia się – bo i po co?) i być może, jeśli wejdzie się w ten świat mocniej, to okaże się, że to wszystko jest powierzchowne, to to ogólne wrażenie jest cudowne.

Podsumowująco wrzuciłam na szafę listę co przywieźć z Albanii, gdybyście się wybierali i polecam Wam też rolkę gościa z tej ekipy, którą spotkaliśmy na lotnisku. Takie właśnie teamy młodych Europejczyków włóczą się po Albanii. Holendrzy przyjeżdżają własnymi autami, ale większość przylatuje i JAKOŚ dociera na miejsce, gdzie urzęduje przez naście dni.

Lila z Mieszkiem są dziś na konwencie anime – też cudowne miejsce pełne różnorodności, Łucja od rana randkuje z Matim, a ja siedzę z kotami sąsiadów. Wyjęłam ze skrzynki kartkę z Danii przysłaną przez dzieciaki i chyba zacznę szukać jakichś japonek? Wyjazdowo mieliśmy kilka kataklizmów. Przede wszystkim rozpadły się klapki moje (i dziewczyn!!!), czyli poszły trzy pary butów. Poza tym pierwszego dnia wlazłam na osę i spuchła mi stopa. Był to problem, bo musiałam przecież włożyć nogę do buta i prowadzić auto! Na szczęście jak dotarliśmy do cywilizacji poszłam do apteki, powiedziałam łacińską nazwę leku, który wiem, że zmniejsza mi odczyny alergiczne po ugryzieniach i ona dała mi coś PODOBNEGO. Lilka raz wlazła na jeżowca (krawędzią dużego palca) i potem już pilnowali, żeby ZAWSZE buty do wody zakładać. Nieroztropnie zajrzałam już też na mój rachunek telefoniczny i widzę, że NIE upilnowałam i złapałam parokrotnie albański roaming (to poza Unią, więc trochę łupnęło :/)

to po prostu dobry kierunek

  • Jestem taka zmęczona, że wszędzie widzę influ – poskarżyła się Liliana na lotnisku w dniu naszego wylotu.
  • W sensie NAS?- zapytałam, ale mnie zignorowano…
  • Tamten typ to Przekosa. Tu wszyscy są – mruknął Mieszko i potem Lilka przejrzała sieć i okazało się, że rzeczywiście to cała ekipa!

Bardzo mnie to ucieszyło, bo Mieszko był taki „umiarkowanie” dumny z tej naszej destynacji, a na lotnisku okazało się, że w naszym (opóźnionym) samolocie leci duża grupa ludzi, których on z netu kojarzy! Mało tego, na miejscu okazało się (po szybkim reaserchu w necie), że jest takich osób (dokładnie w tym samym czasie co my- w Albanii) dużo więcej!

A wylot z Polski mieliśmy opóźniony potężnie, co przeżywali wszyscy. Lecieć mieliśmy o 17-stej i tak co godzinę przychodził esemes, że przesuwają. Po dwóch godzinach dostaliśmy vouchery na jedzenie do realizacji na lotnisku a po trzech kolejne kupony na wyższą kwotę! Nie byliśmy już wtedy głodni, więc nakupowaliśmy takich bzdur jak ptasie mleczko i lemoniady (trzeba je było zrealizować na produkty żywnościowe), a jak już w końcu ogłosili, że lecimy, wszyscy zaczęli krzyczeć i klaskać. W sumie było to bardzo fajna przygoda, tylko, że ta sześciogodzinna obsuwa czasowa nieco nam komplikowała….

Już miesiąc wcześniej zarezerwowałam auto. Wariantów było kilka, bo to był ten element najtrudniejszy. W którymś momencie wymyśliłam, że pierwszą noc spędzimy w samej Tiranie, tuż przy wypożyczalni i wynajem rozpocznę dopiero od kolejnego dnia, ale koniec końców wybrałam wariant z wynajmem od razu na lotnisku. Tylko, że jak w KOŃCU, dolecieliśmy, nasza wypożyczalnia, w której wpłaciłam kaucję, była zamknięta! Bo pracowali tylko do 23-ciej! Dojazd do hotelu i powrót kolejnego dnia na lotnisko się nie opłacał, bo kwota za ubera tam i z powrotem wychodziła wyższa niż ta kaucja, wiec po prostu wypożyczyłam auto w innej wypożyczalni. Było to bardzo dobre, bo wypożyczyliśmy TANIEJ i auto mieliśmy lepsze!

Robią się prania, ja sprzątam, bo jakoś mój domek wydaje mi się brudny, Lilka dziś ma odczulanie, a Łucja rozpoczęła jazdy (jazdy prawa jazdy)! Emocjonujące!

Ach, te Bałkany!

  • Synu, ale cieszysz się, że jedziemy do Albanii?
  • No nie wiem. W moim świecie Albania jest memem.

I co ktoś usłyszał o naszym planie mówił coś w stylu: A nie wolicie do Grecji? Bułgaria ma też ładne plaże! LECZ ja już wiedziałam, że to będzie strzał w dziesiątkę 🙂 Proces wybierania był długi. Wiedziałam, że ma być CIEPŁE morze, ale wiedziałam też, że nie dam rady jechać autem tak długo i przeglądałam ceny biletów lotniczych. Ranking najpiękniejszych plaż? Wygrywa Albania, ale qrcze tam nie ma transportu miejskiego… Może Bułgaria? Tyle, że tam są piaszczyste plaże, a ja chciałam skałki, żeby ponurkować. Północna Bułgaria przy granicy z Turcją jest obiecująca, tylko trzeba by tam auto wynająć… Może więc Grecja? Tu damy radę bez auta, tylko czy Grecja nie jest za droga? A może jednak ta Albania? Po każdej takiej volcie odrywałam się od komputera i zgłaszałam projekt dzieciom. W końcu Łucja powiedziała: POWIEDZ nam GDZIE, jak JUŻ się w KOŃCU zdecydujesz.

I zdecydowałam! Największe obawy budził transport, bo wyjazd związany był z wynajmem auta, a tego jeszcze NIE przerabialiśmy. I było grubo. Kierowcy mają tam prawo jazdy od 91 roku, kierunkowskazów nie używa nikt, a na rondach każdy jedzie tak jak ma ochotę. Są górskie serpentyny, ale to i tak nic przy drogach, na których mieści się JEDNO auto (masz 40 centymetrowe krawężniki chroniące Cię przed przepaścią) i co 500 metrów zatoczkę w której możesz się schować by się minąć. Droga jest oczywiście pokręcona, więc nie wiesz KIEDY ktoś Ci wyjedzie. I ja na TAKIEJ drodze spotkałam autobus. I cofałam te 500 metrów i pomagali mi inni kierowcy i na koniec (bo miałam otwarte okno) jeden Albańczyk wsadził mi ręce do auta i złapał za kierownicę mówiąc: I will help you. Don’t listen to the car! (bo czujniki parkowania krzyczały cały czas). I wprowadził mnie w tę zatoczkę, gdzie były już ściśnięte trzy inne auta (bo to mini zatoczki są). Jak ten autobus mnie minął to wszyscy w środku bili mi brawa 😀 Plusem okazało się natomiast otwarcie tunelu pod odcinkiem, który mnie przerażał najbardziej. Paseo de Llogara, to godzinne serpentyny nad przepaścią i akurat piątego lipca (!!!) otworzono tunel omijający najbardziej niebezpieczny fragment.

Noclegi mieliśmy trzy. Pierwszy był hotel w Durres, na trasie prowadzącej na nasze kempingi. Było zamieszanie, bo samolot się opóźnił i zamiast być w Tiranie o 19-stej, byliśmy o drugiej w nocy (ale o tym jutro) i miał to być taki nasz hotel tranzytowy. I tak też się stało, tylko, że zamiast o 19:30 byliśmy tam około trzeciej w nocy…

A potem już były kempingi. Byłam całkowicie pewna, że chcę na nich spać, bo NIE podobały mi się kwatery w miastach. Zresztą albańskie miasta są dość głośne, a ja chciałam tak bliżej natury. Kempingi są w wersji, że namiot już stoi, masz tam materac (grubą gąbkę) i na nim jest świeża pościel. Idealnie.

By się do dostać na pierwszy kemping trzeba było zejść stromym zboczem – to był ostatni raz kiedy się pomalowałam i nałożyłam biustonosz. Czterdzieści stopni było non stop i ja pociłam się wszędzie. Gdybym chciała użyć dezodorantu to było by, NIE tylko pachy i czoło, lecz CAŁE ciało.

Niemniej jednej ten nasz pierwszy kemping to było miejsce zjawiskowe. Coś jak rajska plaża albo ostatnie schronienie ludzkości. Namioty poustawiane pod drzewami granatów lub drzewkami oliwkowymi. Samowystarczalna oaza z wodą nagrzewaną przez słońce, z knajpą serwującą grillowane owoce morza (półmisek dla dwóch, albo półmisek dla czterech osób), bez Internetu i prądu. Tzn. były panele, które zasilały pralki, w których prane były pościele do namiotów, które schładzały lodówkę i dawały prąd właścicielowi, który miał laptopa. Miał też krótkie wi-fi, które działało przy barze, dlatego Mieszko często u baru siadywał. Przypływały tam łodzie z turystami, ale rano i wieczorem cała przestrzeń była tylko dla kampowiczów. Raz dziennie w górę piął się jeep (który raz po raz zawisał w próżni), by zabrać z plaży śmieci. Zjeżdżał później powoli w dół zwożąc wody mineralne, gazowane napoje, kubły jogurtu z którego robiono tzaziki do baru oraz papier toaletowy.

Kolejny kemping był również przewspaniały. 30 lat temu spałam we Włoszech na kempingu na skalnych półkach. Próbowałam go później znaleźć i mi się NIE udało i ten był podobny choć LEPSZY. Przy wejściu młoda żona właściciela serwowała posiłki. Np. od 20-stej, do 23-ciej była kolacja. Trzydaniowa. Mięso lub ryba, zupa i sałatka. Płaciłeś i ona dzwonkiem dzwoniła, gdy było gotowe. Po środku kempingu była kuchnia, gdzie zawsze było tłoczno, bo dużo ludzi samo gotowało (jedzenie było tam przepyszne, ale o tym jeszcze później). Były prysznice z gorącą wodą i kempingowy piesek. No i długimi schodkami szło się do miasta, które też było klimatyczne.

Będzie jeszcze o tym wyjeździe dużo, więc na razie tylko kilka fotek. Dla nas Albania jest do powtórki. I to może już za rok jako stałe wakacyjne miejsce. Nie było tam nic co może Was złościć w turystyce: zapchanych knajp, nieprzyjaznych ludzi, parkometrów, znudzonych kelnerów, nieświeżego jedzenia, naciągactwa czy nieprzyjaznej policji. Mieliśmy wspaniałą pogodę, niewiarygodne morze, desery gratis od kucharza jeśli pojawiliśmy w danej knajpie ponownie i dużo życzliwości od absolutnie wszystkich.

Roleczki:

  • Pierwszy kemping na dzikiej plaży
  • Druga kemping na skalnych półkach
  • Albania-ogólnie
  • Śniadanie – po prostu śniadanie
  • Wynajem auta – to była niezła historia. Nie mogliśmy skorzystać z wypożyczalni gdzie miałam rezerwację, bo była czynna do 23-ciej, a my jak napisałam wyżej byliśmy w Albanii o 2 w nocy. Poeszłam więc do innej, bo bardziej opłacało mi się olać kaucję niż wynajmować ubera do hotelu (wynajmy są na lotnisku). I gość mi dał nowego wv, prosto z myjni i nie zamroził mi środków na karcie! Spojrzał na prawo jazdy, wpisał, że wynajmuje JUSTYNA, zapłaciłam za tydzień GOTÓWKĄ i dał mi kluczyki!!! To było do tego stopnia absurdalne, że ja nie potrafiłam otworzyć bagażnika w tym polo i zatrzymywałam innego kierowcę na ulicy, bo mi piszaczało, że mam otwarty bagażnik (tamten mi wstawił bagaż), a ja nie wiedziałam jak OTWORZYĆ!! Jedyne co krzyknęłam za nim gdy odchodził do wypożyczalni było: FUEL policy? I on mi odkrzyknął: Same-same!
  • Powrót do Polski

Tura III

  • Mamo, a wiesz, że nie będziemy mieć parkingu?
  • Jak to Łucja? Skąd wiesz?? Aż sprawdzę…
  • Kocham Cie bardzo mamo, ale jak możesz nie sprawdzać wcześniej takich rzeczy?
  • Do głowy mi to nie przyszło! „Yes there is parking uphill. You will have to walk downhill aprox 30 minutes to the beach where the camp is”… Co??? A prąd mamy??
  • Jest w jednym miejscu i tam można skorzystać… Technicznie rzecz biorąc, wjechać można autami, ale tylko z napędem na 4 koła i wypożyczalnie nie wydają zgody na jazdę po nieutwardzonych drogach. Potem to na GPS będzie widać.
  • Nie będziemy mieć takiego auta. I nie będziemy tak ryzykować. Jest zdjęcie tej drogi. Piasek nad klifem… Nie ma takiej opcji bym na to wjechała.
  • A może weźmiemy kabel?
  • Lila, na co nam kabel?? a) Mamy bagaż rejestrowany, b) nie mamy pojęcia jak daleko będziemy od miejsca z prądem…
  • Dlaczego Ty nie czytasz tego co napisali inni ludzie?
  • Łucja, po prostu bardzo chciałam się zatrzymać w takim miejscu. I na wybrzeżu są tylko trzy takie miejsca. To trzecie było najfajniejsze, ale za daleko na południe wiec od razu odpadło…

No dobra. Zbieramy się, bo za kilka godzin zaczynamy kolejną wakacyjną turę. Zwierzaki jeszcze nie ogarnięte, ale zaraz zaczniemy ze wszystkim przyspieszać. Tym razem wchodzimy na jeszcze wyższy poziom challenge-u, bo na miejscu będziemy wypożyczać samochód. Kombinowałam jak tego uniknąć i nie da się. Pisałam do wypożyczalni aut wczoraj: Do you have dacia? I usually drive dacia dokker, ale odpisali, że NIE!!! Jest jeszcze kilka zagadkowych wątków naszego wyjazdu, ale cóż to by był za wyjazd, gdyby wszystko było elegancko dopięte. Wracamy za tydzień, czyli relacja z wyprawy w przyszły czwartek!

Rekreacyjnie pokażę Wam JAGODOWĄ pizzę, na której były wczoraj dzieci. Panny powiedziały, że była zaskakująco dobra, ale Mieszko zamówił sobie jednak ZWYKŁĄ. Polska jagodami stoi!😁

gorące lipcowe w samo południe

  • Lila, pomalować Ci paznokcie u nóg? Zobacz jakie moje są ładne!
  • Lubię takie jakie mam.
  • A mogę je przynajmniej pokryć bezbarwnym? On ma taki mega połysk.
  • Możesz mamo.
  • Mieszko, a Tobie mogę pomalować?
  • Po co?
  • Będą tak ładniej wyglądać. Zdrowiej.
  • Możesz.
  • Ale Ty masz dobrze z tymi siostrami, że zabierają się ciągle na te luncze. Ciekawe co to będzie ta jagodo-pizza. Przyślecie mi jakąś fotkę?

Dzień organizacyjny! Rano byłam w Mieszkiem u fryzjera, po drodze zajrzeliśmy do kantoru, a teraz towarzystwo pojechało na luncz. DOBRZE. JA na obiad zjem jaglankę i temat będzie ogarnięty. Z samego rana udało nam się ZA TO w końcu uruchomić telefon Lilki. Od dwóch miesięcy próbowałam go przenieść do innego operatora, żeby miała abonament i był z tym bardzo duże problemy, by zachowała swój obecny numer. Zbiegło to się w czasie z awarią telefonu i panna potraciła wszystkie aplikacje, które były z jej dotychczasowym numerem powiązane. Było to skomplikowane, ale od kilku godzin wszystko nareszcie działa!

„Siri, wygeneruj Mieszka.” JA z Lilką weszłam do sklepu po krem z filtrem, a on woli znosi jajo pod sklepem niż wejść do środka!

Czas ma to do siebie, że wszystko spina w jednym miejscu.

-Łasuch, Netflix, mój i Lilki nowy serial

  • Zanim cokolwiek zrobicie, chciałam Wam zaprezentować dwa NOWE elementy naszego domu – ogłosiłam dzieciom w piątek – Po pierwsze krajalnica. Co z nią się zmieniło?
  • Jest nowa?
  • Bardzo dobrze Łucja. I wygląda identycznie jak poprzednia, tylko, że ma DUŻO większą moc. Tamta miała 200, a na końcówce może 100. Ta ma 300. Tutaj trzeba być skupionym.
  • Słyszysz Mieszko? Żadnego grania na telefonie jak kroisz chleb!
  • Dziękuję Łuczynko. Druga sprawa, to w górnej łazience koło sedesu jest kolekcja różnych środków. TAK ma zostać, bo walczę od od tygodnia z kamieniem. Jutro zakładam, że skończę.

I WROGA pokonałam! Mamy BARDZO twardą wodę, ten kamień tworzy się błyskawicznie i jest obrzydliwy. Octem, sodą i specjalistycznymi środkami. Lśni teraz nasza łazienka niewiarygodnie!

Poniedziałek. Ja zaczynam urlop, bo w środę ruszamy na wakacje! I dużo się dzieje. Byłyśmy dziś rano w banku Lilki, bo w związku z awarią jej telefonu (naprawiłam go jej pod koniec czerwca) panna znowu musiała zainstalować sobie bankową aplikację i miałyśmy z tym problem. Byliśmy też w szkole Łucji po jedno zaświadczenie i mieliśmy je zawieźć do notariusza, ale po drodze rozwalił mi się klapek! Na szczęście to moje idealne klapki i od kilku lat kupuję takie SAME. I okazuje się, że rok temu rozwaliłam TAKI sam, tylko, że prawy. Przezornie WTEDY lewego nie wywaliłam, więc teraz mam komplet (odblokowany najwyższy poziom cebulowania)!

Dziś powinnam jeszcze wydrukować większość wakacyjnych potwierdzeń, bo wiele razy okazywało się, że warto je mieć. Nie wiem co zrobić na obiad… Łucja dziś spotyka się z koleżanką, Mieszkowi kupiłam kawałek pizzy na mieście (on jeździ z nami z tymi sprawunkami, bo tylko tak odciągam go od kompa), czyli muszę wymyślić coś dla mnie i Lili.