- Łucja, przeczytaj co zaplanowane było na 9-tą i czy wszystko z listy mamy odfajkowane.
- Ziemniaki, porządki z odkurzaczem, łazienki.
- Łazienki leżą, ale posprzątane przed domem, a to chyba było na 10-tą. Lila, rób ayran, ja będę obierać ogórki! Łucja, Ty krój mozzarellę, tylko wpierw wyjmij jakiś duży talerz, na którym będziesz ją układać. Woda z mozzarelli dla Bibi.
Plan rozpisany mieliśmy WSTECZNIE. Gości zaprosiliśmy na 12-stą i w sekwencjach półgodzinnych opisaliśmy punkt po punkcie aż DO siódmej rano (wtedy Łucja wyprowadzała psa i zrywała chabry, a ja miałam wyprawę do piekarni, bo znalazłam taką, która pracuje w niedzielę). LECZ wszystko doskonale ogarnęliśmy i przyjęcie się udało! Goście to była rodzina Diabla, w warstwie mojego pokolenia z dziećmi. Sporo osób, od których nieustannie otrzymuję bardzo dużo wsparcia i mam takie poczucie, że niezbyt się jakkolwiek rewanżuję. Dlatego cieszę się, że można było zgrać grilla dla nich wraz z JEGO pobytem w Polsce, bo on fizyczną obsługę tego GRILLA ogarniał. Nie do końca wyszła nam synchronizacja podawania dań, bo ja zaczęłam podawać część warzywną o 12-stej (nastawiłam te 20 minut wcześniej) i większość zniknęła zanim doszły karkówki, kiełbaski i kaszanki. Ale rzeczywiście warzywa są teraz pyszne. Były dwie wersje młodych ziemniaków, dwie wersje bobu, szparagi, dużo dipów (btw. u fryzjera w jakiejś babskiej gazecie trafiłam akurat na artykuł o jogurtowych sosach do ziemniaków), sałatki i sporo warzyw do chrupania. ZAPOMNIAŁAM o bananach na grilla, więc mam ich dwa kilogramy. Poszły za to serniczki (kilogram sera z pół litrem śmietanki) i nieco mniejsza ilość tiramisu. Było to też pierwsze przyjęcie, gdzie obie panny bardzo, ale to bardzo mi pomagały. Impreza potrwała do 16, więc zdążyłam również zagłosować! Tu roleczka, a niżej znowu Miaustra, która tym razem ukryła się w torbie po papierowych lampionach!

