
- Z kim bym nie gadała, to wszyscy narzakają na błoto. Nie pamiętam takiej zimy, kiedy bym tyle chodziła w kaloszach – powiedziałam do znajomej na spacerze z psami.
- Już lepszy byłby mróz. Albo nawet wiatr.
- Dokładnie. Najgorzej, że w ogródku też takie bagno. Bibi co chwila chce wychodzić, a potem te brudne łapki są wszędzie.
- Loki nie wypuszczamy, żeby nie sikała, bo tam potem się dzieci bawią.
- Słusznie. Żałuję, że tego nie dopilnowałam… Jeszcze te plamy z psiego moczu odbarwiają trawę.
- Żółta sie robi. A potem trzeba kombinować czym ją nawieźć…
- Tak, tak… Ale czasem z nocy jak ona musi to mi sie nie chce i się przyzwyczaiła…
- U nas śpią w nocy. Tak jak my. I kot i pies. W weekend to nawet do 10-tej. Jak my.
Opowiedziałam to Łucji, że nawet sobie zwierząt nie wychowałam i jak niektórzy mają wspaniale bez tych nocnych pobudek i mnie pocieszyła:
- Przecież to tak jak opowieści o dzieciach! Każdy opowiada, że jego jest najlepszy. Nie wierz w to!
Panna była dziś strasznie zmęczona rano (obudziła się w nocy) i normalnie bym ją zatrzymała w domu, ale po wczorajszym zebraniu, gdzie tyle było o tym, że odpuszczają i chodzą w kratkę, poleciłam iść. Wielu rodziców robi tak jak ja… Mamy świadomość, że to wszystko jest przeładowane i nikt jest tak przeładowany jak licealiści, więc czasem mogą NIE iść. Łucja ma 81% obecności, Mati 90 i problem robi się od 70. Przy 60 jest już problem z zaliczeniem. Niemniej jednak nie będę zmieniała zasad, tym bardziej, że nie opuszcza sprawdzianów. Wiedzę zresztą, że i u Mieszka w szkole rodzice tak robią, czyli może wszyscy mamy wrażenie, że za dużo tego wszystkiego?

