W pracy z Millenialsami, a nawet z Zetkami dobre jest to, że oni dbają o szczegóły… To smakosze, celebryci przyjemności i smaku. Specjalnie tak sobie ustawiłam tydzień, żeby w czwartek pojechać do biura, bo wiedziałam, że TAM będą pączki. I to dobre pączki. I były. Takie rzemieślnicze, nie przemysłowe, z jakiejś NAWET nie znanej mi piekarni. TAM zjadłam pierwsze TRZY. Właściwie nie pierwsze, bo wcześniej byłam u Mieszka zrobić fotki jak oni w w klasie pieką i TAM również degustowałam. Potem pojechałam do biblioteki, która od kilku lat robi akcję: pączek za książkę. Zdobyć można maksymalnie trzy, ale wynosimy z domu DUŻO, bo to dobry motyw, by przejrzeć regały. Btw. do biblioteki po szkole poszedł też Mieszko i też zdobył trzy (zjadł od razu). Zajrzałam do spożywczaka po kurczaka i tam kupiłam JEDEN, żeby nie było że tylko wyżeram zdobyczne… A na koniec przyjechały dziadki, które przywiozły eksluzywne pudełeczko z dziesiątką pączków, bo oni mają koło siebie premium cukiernie… JA ich już NIE dałam rady ruszyć, przynajmniej WTEDY, bo teraz (pod wieczór) patrzę na nie przychylniej…





