
Znalazłam podkowę. Poszłam na spacer w nocy i znalazłam. W nocy, bo PO świetnym, choć późnym czasowo, zebraniu w szkole. Btw. Mieszko ma przecudowną wychowawczynię. Jest pozytywna, zabawna, merytoryczna i atrakcyjna. Lubi ich i ma morze pomysłów. Jedyni uczniowie do których miała uwagi to Mieszko z kolegą, bo GADAJĄ na lekcji. I że na sprawdzianach, do których się nie przygotowali, malują dla niej obrazki i SERDUSZKA z prośbą o łagodne ocenianianie… Lecz planów na resztę roku szkolnego jest mnóstwo: będą robić rekonstrukcję na 3 maja, ale co lepsze pani postanowiła zabrać klasę na wycieczkę – NIE z biurem podróży. Przy tej okazji wyszło, że oni świetnie wiedzą, że 13-latkowie mogą sami podróżować koleją, a co więcej kolega Mieszka wybiera sie Łodzi (6 klasa), bo MA tam randkę. SAM. I na to hasło, wszyscy chcą już mieć dziewczynę w innym mieście, bo przecież będzie można do niej pojechać. Samemu, PKP, bo przecież 13 lat to taka nowa osiemnastka. Tacy są DOROŚLI.
Ale do podkowy… Wróciłam i poszłam z Bibs. I szłam przez takie zryte, błotniste pole, przez które zawsze idę po ciemku. Tym razem jednak światła od szkoły były za mocne i się raz po raz potykałam, więc zapaliłam latarkę w telefonie. I tak znalazłam podkowę. Tutaj koni nie było już bardzo wiele lat, więc znalezisko, które teraz sie odmacza by je oczyścić, bardzo antyczne!
<>
Piątek! Plany na weekend mamy, dziś Łucja nocuje u Matiego, więc ja z resztą ekipy jedziemy załatwić jedną sprawę. Nastawiłam jaglankę, bo odkryłam, że mam jej DWA kilogramy, więc pierwsza porcja (na słodko) się robi. Mini porcja bo jak wiadomo jaglanka to konkretnie w gotowaniu rośnie!
