Ależ mi się chciało zrobić przyjęcie! Wyszło w mniejszej ilości gości niż planowałam, ale i tak jestem przeszczęśliwa! Pomijając TRZY komunie, ostatni raz gościłam innych przed rozwodem (2014?). Potrzebny mi był Diabli, gdyż nie da się zrobić party jednoosobowo. No, bo ktoś chodzi do kuchni, przerzuca te kiełbaski, to przy jednej osobie to mamy taki efekt kelnerski, gdzie ci goście STALE sami siedzą przy stole. A w dwie osoby wszystko przebiega płynnie i jest przestrzeń na wszystko!
Wykopałam lampiony (GDZIEŚ nie wiadomo gdzie upchnęłam kolorowe i znalazłam tylko ZIELONE), wymyśliłam, że skoro nie ma stołu, to zróbmy imprezę przy ławie z siedziskami na trawie i zajęłam się gotowaniem. Było DUŻO warzyw (smażony bób, szparagi z sosem serowym – cheddar w natarciu, sałatki z fetą), był humus, masło z sosem pomidorowym, ayran, lemoniada z sokiem z bzu (Łucja w szwedzkim sklepie wynalazła) i pomidory z serem z jogurtu (robiłam od dwóch dni ten ser). Był boczek w winie i karkówka w piwie. Był sernik na zimno i banany z grilla podlane likierem kawowym. Łucja poszła na pola po polne kwiaty, żeby były na stole, a Bibi okazała się być DOŚĆ towarzyska. A najlepsze było, że gdy pojechałyśmy potem z Łucją do Lilki, żeby zawieźć jej kanapkę z grillowaną karkówką i ostatniego banana, weszłyśmy do owada po jogurty dla niej, to ODKRYŁYŚMY, że lodówki z mięsem były w sklepie PUSTE. NIC w nich nie było. ZNACZY się, że DZIŚ grillują wszyscy!!! 🙂


Wyżej macie JAK BYŁO przed… No a niżej jak było PO! 😀


