Udało mi się sprzedać stary rower Lilki! Łatwe to nie było, bo to zwyczajny rower był, a wszyscy jednak kupują nowe. Szczególnie w komunijnym rozmiarze kółek… Rok temu NIE sprzedałam (ogłoszenie wisiało na olx 3 miesiące), no a w tym roku poszedł (zajęło to od wystawienia półtora miesiąca)! Nie za jakoś dużo, ale zakładałam, że jak do piątku nikt nie weźmie, to wystawię na oddam za darmo i wtedy ktoś przygarnie (za chwilę będzie PO-sezonie i kolejny rok przestoi w garażu dziadków…). Zresztą babka, która wzięła, wzięła dla siostrzenicy by miała ZAPASOWY rower na działce. Powiedziałam, że ON od roku był niejeżdżony, lecz ona miała tego świadomość i odwoziła go od razu do serwisu (przegląd jest droższy niż ten rower). Na fali sukcesów pochwalę się też Łucją, która opchnęła sporo swoich ubrań na vinted. I jest to niezłe, bo panna nie tylko kupuje wszystko na wyprzedażach, ale też obsesyjnie wycinamy ze wszystkiego metki (BO NAS drapią). A TAKIM sposobem z domu ubyło kilka sukienek i dwie bluzy. Wspaniale!
Piątek. Weekend szykuje nam się grillowy, byłam dziś z Mieszkiem na rynku, ale za chwilę dołączam do kolejnego szkolenia. Podobają mi się te szkolenia: mamy i jak uczyć języków obcych osoby z różnymi deficytami, medytację buddyjską i jej zastosowanie w pedagogice, myślenie wizualne i sposoby radzenia sobie ze złością u uczniów 🙂 A zaraz zaczynam kolejną lekcję migowego 😉

