Pamiętam, że miałam taką myśl, żeby schować chleb do zamrażarki, bo mamy go za dużo-

-powiedziałam do Liliany i odkryłam, otwierając lodówkę, że na myśli się skończyło…

Standardowo w niedzielę zawsze zwalamy się na obiad do dziadków, lecz wczoraj dziadki wyjechały na ferie! Więc pal sześć, że wahadłowo będziemy w bratem podjeżdżać do ich kotka, ALE nie mamy MY co jeść! No dobra, mamy oscypki z Zakopca, gdyż wrócił z ferii jeden kumpel Mieszka i przywiózł nam prezent. Właściwie to wrócili już wszyscy, stąd pół nocy Mieszko wykrzykiwał do kompa: Osłaniaj mnie, idę do helikoptera!!! no ale prezent mamy od JEDNEGO. I to tego, który, którego pozycjonujemy, jako przyszłego męża Liliany, bo się niej podkochuje, a to dobra partia, jako że majętny i potrafi gotować.

A wczoraj jak ich słuchałam i tych ich wrzasków przy kompach przyszło mi do głowy, że oni są połączeni tak jak weterani wojenni w The Peripheral. Jakąś taką siecią elektroniczno-neuronową, którą tam nazywali haptyką i ten stan wchodzenia w nastrój kompana określano jako haptic drift 🙂 Bo TO właśnie od wczorajszego wieczora obserwuję…

Koniec ferii, koniec lutego! W sobotę zorientowałyśmy się z Lilką, że nie mamy kalendarza. Potrzebujemy trójdzielny, na którym ja zapisuję do przodu różne terminy… Bo jak zniknie nam LUTY, który jest ostatnią kartką, to leżymy! Pojechałyśmy do sklepu i zamówiłyśmy (Z jaką grafiką Pani chce?- Wszystko jedno. Może być osoba, widoczek, albo grafika. Tani i trójdzielny). Ma być na wtorek! Na styk!

Kotek dziadków. Cały w „serduszka”!
  • Mamo, a jaki dzisiaj dzień?
  • No a jak myślisz, Mieszko?
  • Czwartek?
  • Na pewno?
  • NIEEEEEEE!!!!