Mam ten nieznośny zwyczaj, że na wakacjach jest intensywnie… Odziedziczyłam to po Krzychu i o nim w jego pracy krążyły opowieści: Z kim jedziesz na delegację? Z NIM? To masz przechlapane!!! I rzeczywiście… Ojciec, którego huta rzucała z jednego końca świata w drugi WSZĘDZIE łaził. Gdy był w Algierze (koniec lat ’70) to włóczył się po dzielnicy arabskiej, z czego zrobiło się niemalże faux pas dyplomatyczne w ambasadzie, a to był przecież DOPIERO początek jego hucianych podróży… Ja pamiętam jak byliśmy kiedyś na wakacjach ze znajomymi rodziców (mając lat naście) i taki ich kumpel, którego wiele lat później (jak już miałam dzieci) poznałam i faktycznie to wspaniały człowiek, mówił: To wszystko PRZEZ te krótkie spodenki! Nie pozwalajcie MU ich zakładać!
Tę skazę przerzuciłam już na dzieci i Łucja, która od dziś już wypoczywa z Matim (i jego mamą) gnębi kolejne osoby… Ale co tak będziemy siedzieć… CHODŹMY! Panna wraca do domu w nocy z wtorku na środę i mam nadzieję, że ukochany wytrzyma… Ja po sobie Wam, że na ogół się DOSTOSOWUJĄ 🙂
<>
Relaks. Wczoraj cały dzień towarzystwo LEŻAŁO, ja tylko rano pojechałam po zwierzyniec, a później po pieczywo. Bibi dostała PĄCZEK z boczkiem, który kupiony w Berlinie na Tłusty Czwartek okazał się być TAK wytrawnym smakiem, że przywieźliśmy go w całości dla psa (tu wersja filmowa jak JADŁA)… Robią się prania i co niektóre rzeczy podsuszone na piecykach są już wyprasowane. DZIŚ rano bowiem Łucja pojechała na drugą turę ferii! Krótką, ale z ukochanym i jego mamą. Schodzą mi już jakieś pierwsze fotki, ale wrzucę jeszcze kilka z naszych ferii:









