Obfitość

  • Ale mamy ING w lodówce- wykrzyknął Mieszko!

Zaczęłam przetwarzanie: JAKIE ING???… Może jakieś logo doczepione do jajek? Nieee… Może na serku był napis? NIeeee… Może coś na majonezie??? Moja mina CHYBA to wyrażała (poker NIE dla mnie), bo młody zapytał:

  • Wiesz, matko, co to znaczy?
  • No właśnie, nie bardzo…
  • NIC nie mogę wyjąć. Żółty ser przygnieciony jakąś miską z czymś czerwonym.
  • Znaczy się, że pełno?! Jakie to miłe słowa! Ale rozumiem NIC jadalnego?

Rzeczywiście po obiedzie u dziadków lodówka jakby PEŁNA. Ziemniaki, które podsmażę na patelni, pojemnik z ryżem (Lutka ma rice cookera i zawsze robi za DUŻO ryżu, który my ochoczo zabieramy -potem robimy go na słodko, na mleku) słój z zupą, małe opakowanie z pokrojoną kalarepką, dwa kotlety… Do tego w lodówce stoi talerz z upieczonymi burakami, z których chcę zrobić dip do chleba, papierowe pakunki ze słoniną i boczkiem (Krzycho sobie kupuje i zawsze hojnie MI odkrawa, bym i JA, spróbowała), czyli z grubsza smakołyki DLA mnie. Są też gnaty na zupę, które muszę poporcjować zanim wrzucę do zamrażarki. ING normalnie! 😀

<><>

Byłam dziś u fryzjera. Pojechałam do takiej babeczki, którą naprawdę LUBIĘ i podcięłam. Z wyliczeń wychodzi mi, że NIE byłam u niej 10 miesięcy, bo byłam w kwietniu. Także poziom szopy był niewiarygodny. Nie farbowałam (zresztą wydaje mi się, że farbę mam chyba w łazienkowej szafce i mogę zrobić to SAMA- tylko muszę sprawdzić CZY się jeszcze nadaje), ale czuję się królewsko! Lekko i jakoś tak czysto?