Miłe jest, że w tym roku udało mi się poszerzyć dietę dzieci. Z Lilą już od dawna nie było problemów, Łucja JE, choć za zdecydowanie „bezpieczniejsze” uważa warianty wege, za to Mieszko nauczył się SAM sobie robić grzanki. I może to żaden sukces, dla prawie 12-latka, ale NIE potrafił, a potrafi. Jest to jego ulubiony produkt spożywczy i jeśli tylko ma pepperoni, tarty ser i CHLEB, to w gofrownicy (ona u nas TEMU służy) zrobi sobie grzankę. Opowiadałam dziś im o zrazach zawijanych, które robiła nam Lutka, które nawet lubiliśmy, bo mama nigdy nie żałowała nitki, co było ciekawym doświadczeniem z punktu widzenia jedzącego… Ba, chyba to jedzenie wtedy lepsze było. Nie pamiętam kiedy wołowinę jadłam, a wtedy się jednak jadało. Obiad jakby nie było był dziś w domu, bo całą masę mamy lekcji i projektów do zrobienia. NIEWIELE z tego zostało wykonane, ale udały nam się KARTKI! Jak wyschną, będziemy podpisywać i w poniedziałek wyślę! Przy okazji wyszło, że skończył nam się kredowy papier do wizytówek, na którym zawsze robiliśmy kartki (do kupienia przed Walentynkami), więc używaliśmy takiego z kolorowych ozdobnych bloków. Najchętniej używanym produktem była w tym roku zielona girlanda oraz tekturka termiczna, która osłaniała kawę ze stacji benzynowej 😉





No i byłam w sklepie. Jutro handlowa, ale jeśli NIE musicie, to sobie odpuście. Tłum z obłędem śmiga pomiędzy regałami, łatwo o wybuchy, chociaż obserwowanie innych jest fascynujące… Widziałam Hindusów, którzy pchali płaski wózek wyładowany spiętrzonym stożkiem wiader z ogórkami kiszonymi. PO CO?? Albo przed mną do kasy wpuściliśmy dwie babeczki, które BIEGŁY przez cały sklep kupiwszy TYLKO dwa wiadra śledzi. Podziękowały, życzyły Wesołych Świąt i poleciały z tymi śledziami. Po co im one? Tak szybko i TYLKO one? One do jakichś fok gnały??
