
Dawno temu Lilka miała operację na uszy (i migdałki). Pamiętam, że gdy lekarz ją zapisał na ten termin, co to potem się okazało, że to był niewiarygodny fuks, że to i DO tego lekarza i TAK szybko zażartowałam: Ale to będą Walentynki! Łucji zabieg wypadł na Mikołajki! Bo dziś panna miała robiony kręgosłup. Zabieg był bardzo poważny, ale konieczny. Kręgosłup nie dość, że był skrzywiony o 46 stopni, to na dodatek rotował i naciskał na różne organy. Panna zaczęła się kurczyć i zdarzało się, że się przewracała, bo nagle traciła czucie w nogach.
Zabieg trwał ponad pięć godzin i na sali było AŻ trzech lekarzy i tłum medycznych pomocników. Urządzeń była cała masa i po zabiegu konieczne było przetaczanie krwi. Podczas zabiegu do jej kręgosłupa w różnych miejscach były podpięte czujniki stale mierzące czy nie doszło do uszkodzeń kręgosłupa. Łucja ma też swojego anestezjologa, który monitorował ją całą operację i będzie to robił do momentu do kiedy nie wyjedzie z oiomu (jutro w południe). Na sali intensywnej terapii jest też lekarz, pielęgniarka i jedna pacjentka, czyli Łucja. Jutro też pojawi się jej rehabilitant, który będzie pomagać jej się pionizować.
Diabli ją tam wczoraj odstawił (rano ja byłam z nią w szkole, bo panna jeszcze na siódmą jakąś poprawę pisała) i był dzisiaj rano (o siódmej, tuż przed operacją) podpisać wszystkie zgody. W nocy Łucja miała jeszcze robioną tomografię i przysłała nam foto ręki z wenflonem. Gdy dziś pojechałam witać ją po wybudzeniu (byłam od 13-stej i panna wybudziła się około 16-stej) tych rurek w jej ciele było dużo więcej. W jednej ręce TRZY. Na różnych wysokościach. Na razie nie wygląda dobrze, jest wychłodzona, płakała i rozmowa nam się urwała bo panna nacisnęła podajnik z morfiną i odleciała nawet nie 10 sekund, lecz natychmiastowo. Wszyscy są mili i pomocni, ale emocje przechodzimy DUŻE. Ja jeszcze na telefonie siedzę z mamą Matiego, bo ona mi wysyła esemesy jej syna, które DZIŚ czytałam Łucji. Obie olałyśmy morale i pośredniczymy w tym JAWNYM przekazie listów miłosnych 🙂
