
Tak nazywa się odmiana POLSKICH truskawek, które dziś kupiłam! Pewnie bym ich JESZCZE nie wzięła, lecz na zakupy na rynek zabrałam Łucję i ona jak przywarła oczami do tych PIERWSZYCH, to w końcu pękłam. Liczyłam na większe zakupy warzywne, ale jeszcze za bardzo NIC niezwykłego nie ma… Szpinaku naszego nie ma, jarmużu też nie widziałam, marchewki młodej też zresztą za bardzo nie było… Ponadto: dzień mamy ładny, więc w okienkach między lekcjami, dokończyłam mycie okien (brawo ja!) i coś co MUSZĘ jeszcze dziś zrobić, to poukładać bajzel na toaletce. Na razie wszystko jest zdjęte i leży na moim łóżku, a mam ambitny plan przejrzeć czy na pewno WSZYSTKO jest mi potrzebne! Wyżej macie fragment tego bezcennego rarytasu, który po wniesienie do domu po prostu zniknął, Lilkę, która demonstruje WAM, jak „najbardziej nie lubi jak ludzie jedzą truskawki” oraz moją odciążoną z gadżetów toaletkę!
Łucja spotkała się wczoraj z koleżankami i powiem Wam, że te dziewczyny to są nienormalne. Wyobraźcie sobie, że jedna postanowiła iść do liceum bez całego tego bagażu, czyli mieć pierwszy RAZ za sobą… No i datę zaplanowała na wakacje, gdy skończy 15 lat, bo to jakieś prawne ograniczenie, a jak wiadomo wszystkie nastolatki teraz są bardzo prawnie uświadomione. Wybranek też będzie miał wtedy skończone 15 lat i to żaden ukochany, tylko kolega z którym się tak umówiła. I w sumie to okej, ale wchodzi jeszcze wątek JEGO taty, który kupi prezerwatywy. No i to już moim zdaniem trochę za dużo. W sensie do ogarnięcia zdrowym rozumem…
