Jest taki dzień (jeden taki w roku), kiedy dzieci zasypiają z BRONIĄ pod poduszką…

A rano, zanim się obudzisz, oni wyrywają te WODNE pistolety i zaczyna się STRZELANINA!!! Tak do końca pokojowo nie poszło, bo walczył Mieszko z Łucją, Lili TEŻ się oberwało, a ona NIE chciała. Więc był foch!

A święta dobrze! Stoczyliśmy tradycyjną pogadankę o majonezie (słyszeliście, że Kielecki jest hitem za Wielką Wodą?), no i oczywiście o pandemii i tym jak ona na trwałe NAS zmieni. Co więcej, zmiany rzeczywiście NIE muszą być wyłącznie ZŁE. Dobrze wyliczyliśmy ciasta, zupy i inne dania, bo w sumie coś tam do dojadania na jutro jest, ale nie za dużo. Z przejedzenia nie pękliśmy, choć buty dziś założyć było trudno. Przewinął nam się temat spisu powszechnego, e-pracy i szkół. Ja opowiadałam babci, że kupiłam sobie ostatnio dobry krem i to polskiej firmy, którą tworzą babcia z wnuczką i babcię pomysł zainteresował 🙂 Teraz tylko któraś musi zdobyć odpowiednią wiedzę… No i opowiadałam im też o jednej babeczce, którą ostatnio obserwuję, co to wyprowadziła się z miasta na wieś i hoduje kury. I czasem wyłazi, że nie wszystko tam u niej jest idealne, ale życie z deficytami, jest często lepsze i ciekawsze niż to, w którym jest wszystko.

Technicznie mam taką refleksję, że nie obczaiłam jeszcze mojego nowego obiektywu, bo zdjęcia są rozmazane, bo dziwnie łapie ostrość. Zwróćcie też uwagę na sukienkę Łucji. To MOJA sukienka, w której JA układałam się gdy robiliśmy litery na kartki Wielkanocne. Nie chodziłam w niej jeszcze… No ale panna sobie ją ode mnie pożyczyła i wygląda LEPIEJ. Co więcej, na mnie jest trochę kusawa, na nią jest w sam raz. Mogę oddać!

Dziadek w fotelu, a pies na pufie 🙂 Zmieścił się, nie?
To jest mina pt: CZEMU oni tyle jedzą?

I to już TEN DZIEŃ. Piżamy, MOKRE piżamy, no i NIE wszyscy byli tą ilością WODY zachwyceni…