Wywiozłam dzieci do dziadków. Razem z serniczkiem i ubrankami wyliczonymi do środy włącznie. Mam trzy sprawy do załatwienia i idealnie by było gdybym się przez te trzy dni z nimi wyrobiła… Gdyby przypadkiem brakowało mi zajęć i trochę się schłodziło mogę też ruszyć z ocieplaniem poddasza (muszę wyciągnąć graty i psiknąć w szczeliny pianką).
Siedzę sobie na strychu i właśnie odgięłam głowę do góry i widzę niebieskie niebo. Co przypomina mi, że powinnam TEŻ coś zadziałać w ogródku. Jakimś cudem u dziadków NIE ma komarów, a u mnie okna nie można otworzyć, żeby chmara nie władowała się do środka. Za dużo mam bagna, muszę podsypać trawę i może czymś spryskam krzaki? Weszłam również na stronę Polskiej Organizacji Turystycznej, żeby sprawdzić kiedy te bony wakacyjne (one naprawdę będą bardzo sensowne) i polecam Wam stronę POT-u. Projekty które realizują są świetne! Streamingi dla chińskiego rynku, żeby zwabić turystów z tamtej części świata, akcje: #OdpoczywajwPolsce, czy reklamy regionów. Niżej wklejam Wam zdjęcie z tegorocznej kampanii dla Włoch namawiającej do odwiedzin naszej ściany wschodniej. Z dużym naciskiem na kuchnię i dzikość tamtych regionów. Niezłe, nie? To jakiś Wietnam wygląda, a nie Biebrza 😀
-„Siostra Twojej siostry” – na Ninatece do czwartku macie kolejny film z Gutek-owych propozycji wielkiego kina. Świetne!
Zanim pojechałam na poranne bieganie skorzystałam… z toalety… Normalnie w lesie można by się jakoś w krzakach się załatwić, GDYBY trzeba było, lecz przy TAKICH komarzych plagach, istnieje ryzyko, że NIE zmieściłam bym się potem w spodnie… Brzęcząca jadowitość gryzła NAWET jak biegłam! Wczoraj spędziłam dłuższą chwilę w aptece i KAŻDY z wchodzących osób kupował coś na komary. Niektórzy wchodzili tylko po to! Zestaw: wapno, środek na alergię skórną, coś do smarowania, coś do spryskiwania domu i olejki. Ja zajrzałam później do szuflady z kosmetykami i w łazience stoją teraz głównie te z cytryną. Tego zapachu nie znoszą, więc MOŻE trochę pomoże?
Wczoraj w nocy wycinałam metki. Zakupy odzieżowe zawsze idą w parze z wycinaniem metek. I NIE wystarczy przyciąć, bo muszą być wyprute łącznie z tymi z boku. Wszystkim nam one przeszkadzają to tego stopnia, że niewycięte metki dzieci czymś zaklejają, albo zakładają odzież na drugą stronę. Lilka miała kiedyś na technice sczytać coś z metki i na żadnej z warstw takiej nie miała. Wszyscy się temu bardzo dziwili, ale TAK mamy. Przy wycinaniu tych bocznych czasem mi się rozpruwa ubranie i wtedy od razu zszywam. Jest więc to proces długi…. Sedziałam, wycinałam i oglądałam film (ten z tytułu), zbliżała się 24-ta i WTEDY pojawiła się Lilka… Na herbatkę. I potem siedziała w kuchni, wylewała ją sobie na spodeczek, bo gorąca i siorbała… To dziecko uczy pokory bardziej niż te wycinanki 😀
<><>
Biegłam sobie tą leśną ścieżką z psem obok. Bibi raz po raz wskakiwała w krzaczory i kawałek później mnie doganiała. To był ten moment, kiedy jej nie było… Za to pojawili się za mną rowerzyści – tacy w wieku Łucji. Gdy byli już na mojej wysokości, zobaczyłam falujące paprocie, czyli znak, że pies-torpeda się zbliża. ->Niepokój tych nastolatków… Szybko mnie minęli i ona akurat wtedy wyskoczyła. I ten ostatni krzyknął:
–„Tropiciele”, s01e03. No i mam kolejny niezły serial! Afryka, przemytnicy i diamenty. Oglądałam ostatnio festiwalowy film „Żniwa”. Bohaterami też byli holenderscy osadnicy (Afrykanerzy), którzy mieszkają na południu czarnego kontynentu od 400 lat i traktują ją jako swoją ojczyznę. Charlize Theron jest potomczynią takich ludzi. Pięknie tam jest, ale wolę dorastanie wśród komarów i marudzących kotów. Tamta sceneria wydaje mi się strasznie ekstremalna.
Komplikuje mi się grafik najbliższych tygodni. Dziś miałam odebrać z apteki szczepionkę na moje poniedziałkowe odczulanie… Lecz okazało się, że laboratoria działające w NOWYM (bezpiecznym) trybie działają WOLNIEJ i czas realizacji mojej szczepionki to 6 tygodni. Do tej pory składałam receptę, lek na ogół był w hurtowniach i na kolejny dzień miałam go do odbioru. Preparat NIE powstaje w Polsce, ale był pewien zapas i ja z TEGO zapasu natychmiastowo go dostawałam!. I tu pojawia się problem, bo przecież są widełki w jakich JA mam być zaszczepiona. Na pewno NIE wydarzy się to więc w najbliższy poniedziałek, ale powinnam dostać WTEDY informację, na kiedy lek w takim przyspieszonym trybie będzie…
Natomiast z MIŁYCH rzeczy, udało się NAM z Lilą zrobić zakupy. Panna obudziła się w DOBRYM humorze i mogłyśmy ruszyć! Chciała DOŁY i coś nawet się jej spodobało! Wpadłyśmy również na festiwal streetfoodu do naszej ulubionej indyjskiej knajpy i przy okazji znalazłyśmy regał, który nam się podoba. Tuż obok knajpy jest taki wielki skład indyjskich mebli z bliżej nieokreśloną ceną, którą zawsze można sporo ztargować 😀 Będziemy o nim myśleć!
Przebieralnia, regał marzeń (ten po lewej) i knajpa
<><>
Mamo, kiedy wyjdziemy?
Za chwilę Lilciu, muszę się jeszcze pomalować.
A co Ci jeszcze zostało?
Usta, żebym mogła ładnie maseczkę od środka pobrudzić.
Podobno najlepsza pogoda dla kobiety to 21 stopni. Dokładnie 21, 3 czy coś takiego. No i taki ten lipiec, że powinnyśmy się WSZYSTKIE czuć wspaniale! 🙂
<><>
Dziś poszłam na wieczorny spacer z Bibs później. Padało i czekałam na przerwę w chmurach, a ta długo się nie pojawiała… No i podsłuchałam czyjeś wyznanie… Bo Bibs zawsze leci przodem i szczeka i robi dużo hałasu, a tym razem utknęła przy mokrej trawce wystającej zza siatki, a ja cicho poszłam do przodu i wejrzałam w kawałek czyjegoś życia…
Na spacerach z psem poznaje się całą masę osób. O większości nie mam pojęcia ani jak się nazywają, ani gdzie pracują, ale znam ich psy i tych historii o psach to usłyszałam morze! Mam np. taką nową znajomą, z którą chętnie bym się zaprzyjaźniła bliżej. Ona mam wrażenie też. Kojarzę ją z porannego biegania. Od kilku lat widzę ją jak rano robi naprawdę długie trasy i te samotne biegające kobiety to one zawsze od czegoś w życiu uciekają. Tematów mamy wspólnych wiele i co na siebie wpadniemy to zlatuje nam pół godziny. Ale to nie o NIEJ chciałam Wam powiedzieć… Jest taka inna babka, którą kojarzę jeszcze z okresu, gdy obie miałyśmy labradory. Tylko, że jej żył pół roku dłużej. I ona wydawała mi się zawsze taka średnio ciekawa. Nieduża, ze sporą nadwagą, źle ubrana, półdługie szare włosy i kiepska cera. Młodsza ode mnie, chociaż nie jakoś bardzo dużo. Przy tych neutralnych psich small-talkach tak ze 4 lata temu powiedziała coś, w stylu, że dla niej już za późno na dziecko i na związek i pomyślałam wtedy, że świat jest pełen samotnie mieszkających ludzi…
Najpierw, rok temu, pojawił się w jej życiu pies. Taka mała kulka, o której pomyślałam, że po dużym psie, to NIKT nie ma ochoty na kolejnego wielkiego, a teraz widzę ją z dzieckiem. I szła z tym wózkiem, a za nią szedł facet. Taki gość starszy, pomyślałam, że na wschodzie takich dużo. Nie za wysoki, ale taki wyżyłowany. Bez brzucha i bez włosów. Milczący. Taki co w życiu sporo przeżył i niewiele było w tym dobrego. A w wózku była dziewczynka. Siedząca, zadowolona, miesięcy jakieś dziesięć. Czarnooka i ładna. Pytam:
To Twoje?
Moje. Zrobiłam sobie i mam!
Ładne Ci wyszło!
I ostatnio widziałam ją jak z kimś gada i dotarło do mnie, że jest taka… odmieniona. Biodra te co były, ale wciśnięte w jeansy i widać teraz ten wielgachny biust. No i włosy ma do pasa. Ciemne, błyszczące, trochę falujące i zawsze rozpuszczone.
A DZIŚ szłam obok ich płotu i usłyszałam jak ten gość do niej szeptem do niej powiedział… „Bogini” 🙂
Podchodzi mi do domu kolejny kot… Klarensa od naszego powrotu cały czas nie ma, ale on miewał takie długie wypady, że jak na NIEGO, to jeszcze nie ma dramatu. Za to ten nowy, jest pasiasty jak Miaustra, tylko, że ma białą muchę i białe skarpetki. No i ma taki smutny look niczym Groomy Cat. Stoi z tymi opuszczonymi wąsami i patrzy czy wyniosę mu jedzenie…
Wczorajsze zakupy z Lilianą zakończyły się porażką, za to dziś po południu pojechałam z Łucją! Nie mogę brać obu panien naraz, bo kończy się tak, że Łucja sobie coś wybiera, a Lilka nic. Albo któraś strzela focha. Mieszko w ogóle zakupów nie znosi, zresztą on dostał ostatnio klocki… No i z Łucją poszło bezstresowo. Oddałyśmy również nietrafione rzeczy z wirtualnych wyprzedaży i napiłyśmy się kawy!
Lilka dziś rowerowo ->zniknęła ze swoją ekipą, a ja za chwilę ruszam na rower z Mieszeczkiem. Trawa skoszona, obiad był jarski (ziemniaki, fasolka, ogórki) i dałam też radę podrzucić sąsiadce jagody. Zajmowała się Miaustrą gdy nas nie było, chciałam jej owoce kupić po drodze, ale nigdzie nie było zbieraczy… Były kurki, ale ona jest niezbyt gotująca i jagody wydawały mi się bardziej trafione. Dziś udało mi się JE na rynku kupić i jej (razem z mewimi piórkami) podrzuciłam!
–„Obsesja Zbrodni” <- polecę Wam naprawdę świetny serial (dokument) na HBO. Pierwszą połowę pierwszego odcinka oglądałam znużona, że oto znowu rozgrzebywanie jakichś nierozwiązanych spraw sprzed 40 lat, ale jest TO świetne. I cudowna para głównych bohaterów!
Szłam wczoraj z Łucją i z Bibs i przypomniało mi się, że na dziś mam lekarza! Takiego kontrolnego co to się na niego rok temu zapisałam… Przerobiłam więc grafik dnia i pojechałam. I? I nic nie załatwiłam. Szpital od 19 marca jest zamknięty i realizowane są wyłącznie teleporady. Zaczekam, aż wszystko ruszy i wtedy pójdę, ale powiem Wam, że to bzdura. Człowiek układa sobie jakiś program profilaktyki, a to wszystko się wali. Tylko miałam przygodę, bo tak sprytnie pojechałam, że przez chwilę jechałam pod prąd. Bo szukałam miejsca do zaparkowania, nie było, więc postanowiłam zawrócić, tylko akurat jechał tramwaj, a jak przejechał to okazało się, że z drugiej strony torów stoją naprzeciwko mnie samochody 🙂 Całe życie, więcej szczęścia niż rozumu, zrobiłam więc elegancką kopertę i wróciłam. Nikt się nie złościł, wszyscy grzecznie czekali aż ogarnę sytuację.
<><>
Łucja, czy w Twoim świecie jest taki gość? – zapytałam córkę i pokazałam jej zdjęcie na telefonie.
Timothee Chalamet. – powiedziała i odwróciła mi w odpowiedzi ekran swojego telefonu, gdzie on akurat BYŁ.
Wow, ależ emocje! Zgadzam się z tym co powiedział ktoś tam wczoraj w programie powyborczym. Takiej frekwencji jeszcze nie mieliśmy, ale to NIE jest dobry objaw. To pokazuje tylko jak bardzo jesteśmy podzieleni. Bo ludzie TAK się sprężyli, nie dlatego, że chcieli na kogoś zagłosować, bo tak powinno być w społeczeństwie obywatelskim, lecz z nienawiści. Żeby TEN drugi nie wygrał. Gdy wyłączałam wczoraj telewizor była 00:38. Ostatnie co usłyszałam, to było zdanie, że SĄ jeszcze komisje, gdzie ludzie stoją, żeby oddać głos. I to jest coś co powinien wziąć pod uwagę zwycięzca (jeszcze 100% nie wiemy, kto to będzie). JAKI ogrom ludzi jest przeciwko niemu.
No i nowy tydzień. Prania się robią, obtłuczony lakier z paznokci zmyłam, ale zabiegi wokół stóp zrobię dopiero wieczorem. Dziś byłam z Mieszkiem w Lego Store. On uzbierał jakąś tam kwotę z kieszonkowych od dziadka i chciał kupić sobie klocki. Mieliśmy umowę, że musi mieć połowę, a wtedy drugą dołożę mu ja (coś tam pożyczył jeszcze od naszego domowego banku Westeros, czyli Liliany). I ok! Wydawało mi się, że klocki odeszły w zapomnienie, ale na koniec roku jego klasa dostała po małym pudełeczku i pasja wróciła! Ponadto chciałabym w tym tygodniu skosić trawę, bo chmary komarów lęgnące się w tym co jest, są przerażające. Byłam też dziś w aptece, bo za tydzień mam odczulanie, a skończy mi się preparat. Mają tydzień na ściągniecie leku, ale pewnie będzie koło środy. Jutro i w czwartek Mieszko ma deskorolkę, a ja muszę się zająć szykowaniem do urodzin Łucji.
<><>
Mam dla Was dwie fotki z wakacji. Chodzi o to, że Bibi wysoko skacze. I był falochron, którym szedł Mieszko. A chwilę później pies wskoczył i szedł razem z Łucją!
<><>
Jechaliśmy z Mieszkiem autem. Młody wziął pastylki pudrowe, które są metalowym pudełeczku z jednorożcem i powiedział:
Wymyśliłem METAFORĘ jaką można użyć, żeby zareklamować te cukierki.
Jaką?
Wygoń z ust goblina.
Nie rozumiem.
Goblin jest wrogiem jednorożców.
Boję się, że tylko Ty być rozumiał taką reklamę :DD
Rozkwitły mi w ogrodzie kwiaty. Zasadziłam takie coś z rozsady, co stało przy wyjściu ze sklepu na totalnej promocji i się przyjęło. Mam wielką różową kępę. Koleżanka Lutki twierdzi, że to będzie ROK RÓŻANY. Rzeczywiście: róże w całej Polsce kwitną tak jak nigdy! Tęskniły za nami też nasze komary. Wychudzone i resztkami sił wciskały się wczoraj do domu, żeby przeżyć…
No i pies na porannym spacerze był przeszczęśliwy. Dzisiaj w nocy spała naprawdę mocno. TAM, nic się jej nie śniło (tak po psiemu). Że śni i szczeka przez sen. Albo, że biegnie. Za to DZIŚ w nocy rozluźniła się tak mocno, że zasnęła naprawdę ciężkim snem! Robi się kolejne pranie, zaraz wyjmę z zamrażarki zamrożony rabarbar i zacznę robić tartę. Gdzieś na jakiejś stronie ktoś się pytał ostatnio, CO WAM się podczas korony udało? Ludzie różne rzeczy pisali: udało mi się nie przytyć, dostrzec, że byłam ślepa, przewrócić na drugą stroną materac, wianek mi się udał, wyczyściłam klawiaturę i moje ulubione: udało mi się ciasto z rabarbaru! Mi też się udało i zaraz jak mi się uda po raz kolejny to zabierzemy je do dziadków. Lutka ma zrobić szybki mały obiadek, żeby dzieci zjadły coś innego niż wakacyjne przysmaki, typu zakręcona frytka….
Mistrzowie parawaningu to lata doświadczeń. To stabilne i zaciszne konstrukcje, za którymi pochłaniane są NIE zgrzytające w zębach drożdżówki i hop-cola. Czasem wyglądały im głowy, gdy ja walczyłam z wiatrem wbijając te paliki. Kręcąc się w kółko jak za chomikami na fliperach… Książkę w tym czasie, niczym „Kobietę z wydm” zasypywał piasek…
Pomiędzy Koszalinem i Dąbkami są długie i piaszczyste plaże. Są pustynne i bezludne, bo dostęp do wybrzeża jest ograniczony przez liczne tereny wojskowe. Pod koniec lat ’30 Hitler testował tam potężne działa (Atol Bikini nad Bałytykiem?), czego dowodem są porozwalane bunkry na wydmach. Mnożą się tam malutkie osiedla domków letniskowych usadowione jeden obok drugiego i ścieżki rowerowe. Podobno można nimi dojechać aż do Francji! Nie chce mi się w to wierzyć, ale mam ochotę to sprawdzić, bo to może być fajny pomysł na wycieczkę!
Do jednego z takich domków mieliśmy klucze. Domek był sześcioosobowy, więc razem z nami pojechały dziadki! Za dużo nie zwiedzaliśmy. Raz dotarliśmy do Swołowa i Krainy w Kratę, lecz a)dzieci były tam rok temu z tatą, gdy objeżdżały z namiotem całe polskie wybrzeże b)paskudne są te korono-ograniczenia i odechciewa się wchodzenia gdziekolwiek. Rok temu w każdym zakładzie rzemieślniczym na terenie skansenu coś robiły (piekły chleb, robiły pieczątki na tkaninach i coś tam jeszcze), a w tym roku NIC się nie odbywa. Mało tego: do każdego budynku może wejść max 3 osoby, czyli czasem trzeba było chwilkę zaczekać. Mieliśmy w planach Muzeum Bursztynu w Jarosławcu, ale przesunęliśmy to na KIEDYŚ.
Udała nam się za to wspaniale wycieczka długa mierzeją wzdłuż jeziora Bukowo. Tuż obok Dąbek jest taki odcinek, gdzie zostawia się auto, wynajmuje się rowerowe gokarty i gna się wąską drogą, gdzie z jednej strony jest morze, a z drugiej jezioro. Droga prowadzi aż do Szczurzego Kanału, czyli takiej przetoki łączącej oba akweny. Miałam skojarzenie z tropikalną laguną łączącą słoną i słodką wodę. Zawsze w takich miejscach jest dużo krokodyli 😀
Pogoda? Doskonała! Nie było upałów i NIE chciałam żeby były. Dużo żeśmy łazili i to by się nam NIE udało. Stężenie pyłków traw w całej Polsce było rekordowo wysokie i potrzebowałam wraz z dziewczynami mieć czym oddychać. I bardzo dobrze nam to zrobiło. Pewnego razu ruszyliśmy plażą do innej miejscowości. Zabraliśmy ze sobą babcię i szliśmy bardzo długo. Wydawało nam się, że to blisko, a latarnia niczym fatamorgana wcale się nie przybliżała. Sprawdziliśmy to potem na mapach i okazało się, że w jedną stronę pokonaliśmy 8 km!!! Przydał się dziadek, który z nami NIE wystartował i można było po niego zadzwonić, żeby po NAS przyjechał 😀
No i Bibs. Morze ją przeraziło, ale je pokochała. Przeraziły ją też konie łażące po plaży (pełno tam stadnin i dzieciaków jeżdżących plażą) i cały czas się ich boi. Ona ma taką nienormatywną urodę (wszyscy mają teraz te białe rozkoszne puchate kulki) i dużo ludzi się jej bało. No i był to pierwszy tak długi wyjazd dla niej POZA dom. Sądzę, że myślała, że JUŻ tu nie wróci. Podobało się jej, ale jest bardzo szczęśliwa, że już jest w domu!
Wyżej i niżej SWOŁOWO i „Kraina w Kratkę”. Ależ tam pyszną gęsinę jedliśmy!!!
to fragment scenki PRAWDZIWEJ. Lilianę obcierały buty, więc szła w SKARPETKACH…
sefiaczek w starym lustrze
Pierwszy nasz wieczór był niezwykły. Poszliśmy na plażę, a tam… TŁUM ludzi!!! Okazało się, że tego wieczora były tzw. srebrne chmury i wszyscy robili zdjęcia. MY TEŻ!!!
patrzycie na PSA???
A to już PLAŻA i dzień! I NASZA walka z parawanem…
i NIE -> WCALE nie sypie piaskiem w oczy…
NIŻEJ -> Wyprawa mierzeją obok Dąbek. Gokartami rowerowymi. Ja na trójce z Mieszkiem i babcią, dziewczyny razem. Bibi biegła obok nas (też 4 km w jedną stronę, także solidne cardio było zrobione). Plaża na końcu wycieczki była EPICKA! Babcia odkryła tam roślinkę, którą znała ze skalniaków: Mikołajek Nadmorski i była w szoku jaka ona jest tam dorodna!!! Pochwalę też Lilkę, bo przy tych gokartach wyszło, że panna, która ma problem z lustrzanym odbiciem doskonale potrafi kierować. Jakoś wie, jak kręcić kierownicą, żeby wycofać, albo zrobić kopertę. Widzi to. Zdecydowanie lepiej niż reszta rodzeństwa!!! Ach, i jeszcze jedno: to była kolejna sytuacja, kiedy sprzyjała nam pogoda. Ruszaliśmy z Dąbek gdy lekko mżyło i trasę pokonaliśmy po pustej drodze. To ważne, bo razem z nami – równolegle – biegła Bibi i nikt się nie złościł, że pies biegnie luzem. Gdy wracaliśmy to wyszło słońce i na ostatnich 500 metrach było już tłoczno. Pies na szczęście był już nieźle zmachany i do nikogo nie podbiegał, ale NIE bójcie się chmur, bo i lepiej się jechało w takiej wilgoci i było bardziej komfortowo (social distance).
PIES!!! Patrzcie na psa!!! Ona wieczorem nie miała siły JEŚĆ.
I to właściwie tyle… Zdecydowanie do powtórki! A PARAWAN? No cóż… Zupełnie nieźle nam wyszedł taki zbudowany z piór mew! 😀
Pakujemy się, porządkujemy dom i przede mną jeszcze sąsiedzkie tourne, żeby wrobić kogoś w opiekę nad kotami. Nie jest to wielki obowiązek, raz na dwa dni trzeba będzie podejść i dosypać karmy, więc powinnam kogoś do takiej roboty znaleźć!
Jedziemy jutro, bardzo wcześnie rano (myślę o siódmej, co oznacza, że około szóstej trzeba iść z psem na spacer, żeby się wyhasał przed podróżą), a wracamy dopiero za tydzień kilka godzin przed drugą turą wyborów. Miałam kupiony prowiant, ale jak to u nas już się zjadł. Po prostu Lilka z Mieszkiem traktują KABANOSY (z braku czipsów) jako przekąskę przed telewizor. Zdążyłam już dziś więc podjechać do sklepu po wody mineralne (dwie duże zgrzewki i baniak pięciolitrowy) i dokupiłam kolejne… Jak wyciągałam moje rzeczy z wózka to na dnie była kartka z zakupami poprzedniej osoby. I strasznie mi się ta lista spodobała. Byłam kiedyś na zajęciach z profilowania i rozmawialiśmy o tym jak na podstawie śmieci określić człowieka i z takiej listy zakupowej można dużo wyczytać. Mamy więc składniki do sernika (mascarpone, śmietanka, żelatyna, biszkopty), mamy zapowiedź imprezy: kolorowe alkohole i soki (gin, wódka, schweps, grejpfrut) oraz grill (karkówka, cukinia). Lista jest stworzona od kobiety dla mężczyzny i mieszkają razem już chwilę (zawieszki do KIBLA). Dawno też nie robili remontu łazienki, bo zawieszki nie umieścisz w sedesie BEZ kołnierza (to wiedza z ostatnich miesięcy). Nie widzę tam dzieci, a z drugiej strony listy miałam fragment tłumaczenia przysięgłego z niemieckiego 🙂 I myślę, że szykuje się im przyjemny i pozytywny weekend!
Obejrzałam wczoraj kolejny film z cyklicznych czwartków na Ninatece. Japoński „Jaki ojciec i syn”. Wspaniały, chociaż uprzedzam, że ostatni kwadrans się beczy. Co jeszcze… Zdążyły dotrzeć kostiumy kąpielowe: dziewczyn okej, mój to porażka, także pierwsze co zrobię po powrocie to wyprawa do sklepu, żeby go zwrócić Tyle, lecę dalej z tym pakowaniem!
<><>
Ach, i jeszcze! Obserwujecie MLH? Chłopaki są naprawdę zabawni. Na Dzień Psa wrzucili charakterystykę PSICH ras. Kundel też jest… I wiecie, co? Rzeczywiście coś jest w TEJ magii tego psa. Zanim skosiłam trawę w ogródku zbierałam to i owo. Dwie godziny spaceru dziennie nie rozwiązuje problemu, nic a nic…
Warto też zajrzeć do komentarzy. Mnie ubawiły te dotyczące labradorów. W Bing Bang Theory jest Hindus. O swojej wymowie mówi, że ma „sweet accent”. A gdy każą mu wymówić LABRADOR mówi: Lablablador. I gdy go poprawiają, to mówi, że właśnie TAK powiedział!