Podchodzi mi do domu kolejny kot… Klarensa od naszego powrotu cały czas nie ma, ale on miewał takie długie wypady, że jak na NIEGO, to jeszcze nie ma dramatu. Za to ten nowy, jest pasiasty jak Miaustra, tylko, że ma białą muchę i białe skarpetki. No i ma taki smutny look niczym Groomy Cat. Stoi z tymi opuszczonymi wąsami i patrzy czy wyniosę mu jedzenie…
Wczorajsze zakupy z Lilianą zakończyły się porażką, za to dziś po południu pojechałam z Łucją! Nie mogę brać obu panien naraz, bo kończy się tak, że Łucja sobie coś wybiera, a Lilka nic. Albo któraś strzela focha. Mieszko w ogóle zakupów nie znosi, zresztą on dostał ostatnio klocki… No i z Łucją poszło bezstresowo. Oddałyśmy również nietrafione rzeczy z wirtualnych wyprzedaży i napiłyśmy się kawy!
Lilka dziś rowerowo ->zniknęła ze swoją ekipą, a ja za chwilę ruszam na rower z Mieszeczkiem. Trawa skoszona, obiad był jarski (ziemniaki, fasolka, ogórki) i dałam też radę podrzucić sąsiadce jagody. Zajmowała się Miaustrą gdy nas nie było, chciałam jej owoce kupić po drodze, ale nigdzie nie było zbieraczy… Były kurki, ale ona jest niezbyt gotująca i jagody wydawały mi się bardziej trafione. Dziś udało mi się JE na rynku kupić i jej (razem z mewimi piórkami) podrzuciłam!

