

Mistrzowie parawaningu to lata doświadczeń. To stabilne i zaciszne konstrukcje, za którymi pochłaniane są NIE zgrzytające w zębach drożdżówki i hop-cola. Czasem wyglądały im głowy, gdy ja walczyłam z wiatrem wbijając te paliki. Kręcąc się w kółko jak za chomikami na fliperach… Książkę w tym czasie, niczym „Kobietę z wydm” zasypywał piasek…
Pomiędzy Koszalinem i Dąbkami są długie i piaszczyste plaże. Są pustynne i bezludne, bo dostęp do wybrzeża jest ograniczony przez liczne tereny wojskowe. Pod koniec lat ’30 Hitler testował tam potężne działa (Atol Bikini nad Bałytykiem?), czego dowodem są porozwalane bunkry na wydmach. Mnożą się tam malutkie osiedla domków letniskowych usadowione jeden obok drugiego i ścieżki rowerowe. Podobno można nimi dojechać aż do Francji! Nie chce mi się w to wierzyć, ale mam ochotę to sprawdzić, bo to może być fajny pomysł na wycieczkę!
Do jednego z takich domków mieliśmy klucze. Domek był sześcioosobowy, więc razem z nami pojechały dziadki! Za dużo nie zwiedzaliśmy. Raz dotarliśmy do Swołowa i Krainy w Kratę, lecz a)dzieci były tam rok temu z tatą, gdy objeżdżały z namiotem całe polskie wybrzeże b)paskudne są te korono-ograniczenia i odechciewa się wchodzenia gdziekolwiek. Rok temu w każdym zakładzie rzemieślniczym na terenie skansenu coś robiły (piekły chleb, robiły pieczątki na tkaninach i coś tam jeszcze), a w tym roku NIC się nie odbywa. Mało tego: do każdego budynku może wejść max 3 osoby, czyli czasem trzeba było chwilkę zaczekać. Mieliśmy w planach Muzeum Bursztynu w Jarosławcu, ale przesunęliśmy to na KIEDYŚ.
Udała nam się za to wspaniale wycieczka długa mierzeją wzdłuż jeziora Bukowo. Tuż obok Dąbek jest taki odcinek, gdzie zostawia się auto, wynajmuje się rowerowe gokarty i gna się wąską drogą, gdzie z jednej strony jest morze, a z drugiej jezioro. Droga prowadzi aż do Szczurzego Kanału, czyli takiej przetoki łączącej oba akweny. Miałam skojarzenie z tropikalną laguną łączącą słoną i słodką wodę. Zawsze w takich miejscach jest dużo krokodyli 😀
Pogoda? Doskonała! Nie było upałów i NIE chciałam żeby były. Dużo żeśmy łazili i to by się nam NIE udało. Stężenie pyłków traw w całej Polsce było rekordowo wysokie i potrzebowałam wraz z dziewczynami mieć czym oddychać. I bardzo dobrze nam to zrobiło. Pewnego razu ruszyliśmy plażą do innej miejscowości. Zabraliśmy ze sobą babcię i szliśmy bardzo długo. Wydawało nam się, że to blisko, a latarnia niczym fatamorgana wcale się nie przybliżała. Sprawdziliśmy to potem na mapach i okazało się, że w jedną stronę pokonaliśmy 8 km!!! Przydał się dziadek, który z nami NIE wystartował i można było po niego zadzwonić, żeby po NAS przyjechał 😀
No i Bibs. Morze ją przeraziło, ale je pokochała. Przeraziły ją też konie łażące po plaży (pełno tam stadnin i dzieciaków jeżdżących plażą) i cały czas się ich boi. Ona ma taką nienormatywną urodę (wszyscy mają teraz te białe rozkoszne puchate kulki) i dużo ludzi się jej bało. No i był to pierwszy tak długi wyjazd dla niej POZA dom. Sądzę, że myślała, że JUŻ tu nie wróci. Podobało się jej, ale jest bardzo szczęśliwa, że już jest w domu!




Pierwszy nasz wieczór był niezwykły. Poszliśmy na plażę, a tam… TŁUM ludzi!!! Okazało się, że tego wieczora były tzw. srebrne chmury i wszyscy robili zdjęcia. MY TEŻ!!!






A to już PLAŻA i dzień! I NASZA walka z parawanem…






NIŻEJ -> Wyprawa mierzeją obok Dąbek. Gokartami rowerowymi. Ja na trójce z Mieszkiem i babcią, dziewczyny razem. Bibi biegła obok nas (też 4 km w jedną stronę, także solidne cardio było zrobione). Plaża na końcu wycieczki była EPICKA! Babcia odkryła tam roślinkę, którą znała ze skalniaków: Mikołajek Nadmorski i była w szoku jaka ona jest tam dorodna!!! Pochwalę też Lilkę, bo przy tych gokartach wyszło, że panna, która ma problem z lustrzanym odbiciem doskonale potrafi kierować. Jakoś wie, jak kręcić kierownicą, żeby wycofać, albo zrobić kopertę. Widzi to. Zdecydowanie lepiej niż reszta rodzeństwa!!! Ach, i jeszcze jedno: to była kolejna sytuacja, kiedy sprzyjała nam pogoda. Ruszaliśmy z Dąbek gdy lekko mżyło i trasę pokonaliśmy po pustej drodze. To ważne, bo razem z nami – równolegle – biegła Bibi i nikt się nie złościł, że pies biegnie luzem. Gdy wracaliśmy to wyszło słońce i na ostatnich 500 metrach było już tłoczno. Pies na szczęście był już nieźle zmachany i do nikogo nie podbiegał, ale NIE bójcie się chmur, bo i lepiej się jechało w takiej wilgoci i było bardziej komfortowo (social distance).









I to właściwie tyle… Zdecydowanie do powtórki! A PARAWAN? No cóż… Zupełnie nieźle nam wyszedł taki zbudowany z piór mew! 😀






