Lato, które coraz bliżej.

Spotkałam w sklepie znajomą. Byłam z Lilką, ale cofnęłam się do zwierzęcych, bo chciałam sprawdzić, czy nie ma środków na kleszcze. Wpadam w regały, a tam znajoma. Rzuciłam: Cześć, ale widzę, że nie poznaje. Zsunęłam maseczkę i mówię: To ja! I zaskoczyła. Sekundę pogadałyśmy i pognałam z powrotem do Lilki. Ona pracuje przy znalezionych zwierzętach i odradzała mi kropelki dla psów, bo skuteczne są podobno jedynie tabletki. Ale o czymś innym… Gdy tak zsuwałam maseczkę, miałam ochotę wykrzyknąć: To ja! Leclerc!, ale ugryzłam się w język, bo ona młodsza ode mnie o lat 15-ście i mogła nie oglądać Allo, Allo!!! Jakby nie było opowiedziałam dziś o tym serialu dzieciom i obiecałam, że jak będziemy gdzieś autem jechać to włączę im na telefonie jeden odcinek, żeby WIEDZIAŁY co to takiego było!

Nowy tydzień. Ciśniemy z lekcjami, bo 4-go mają już być oceny proponowane. Mieszko wczoraj wieczorem mi wyznał, że NIE ma dla mnie prezentu na Dzień Matki, ale postanowił zrobić wszystkie zaległe lekcje. Powiedziałam mu, że nie wyobrażam sobie piękniejszego prezentu. Podsunęłam nawet ten pomysł Lilce, ale usłyszałam, że WOLI mi zrobić LAURKĘ…

Za to pomalowałam sobie paznokcie u nóg. W jednym z tych filmów dokumentalnych, jakie oglądałam była babka, która mieszkała w wielkim pustym kolorowym domu w Meksyku. I jest taka scena, kiedy wieczorem siedzi na taborecie w takiej tętniącej kolorami łazience i maluje sobie paznokcie u nóg. Nie u rąk, a właśnie u nóg, żeby mieć kolorowe. Ja też rąk nie maluję, za to u nóg, zdecydowanie tak!