Opianty na stół!

Gorączkę przedświąteczną rozpoczęłam od porannego… biegania 🙂 Akcent świąteczny był, bo AŻ dwie osoby miały urodziny. Jedna przyniosła pieczoną owsiankę z polewą z porzeczek (smaczne -> autor jest na jakiejś diecie i zawsze przynosi niezłą smakową ciekawostkę), a druga (drugi) makowca, którego robiła w nocy.

No i tak rozmawialiśmy potem o maku!

Miałam kiedyś nauczyciela hiszpańskiego, który uwielbiał rozmawiać o świętach oraz tradycji i za KAŻDYM razem próbował tłumaczyć nazwy potraw. I z „makowcem” sobie nie poradził. Powiedział, że mak TAK bardzo kojarzy się Hiszpanom z używką, że „ciasto z makiem” brzmi jak „ciastko z ziołem z Amsterdamu” i że NIE DA się tego przetłumaczyć. I przypomniało mi się, jak ciotka Sabina (jej mąż był bratem babci) miała poletko maku. I że w ’80 miała problem z narkomanami, bo ciągle jej w tym poletku siedzieli. Jak widziała, to goniła, ale gdy przychodziły święta i zaczynała łupać makówki z makiem to ponad połowa była pusta z małą dziurką po strzykawce na dole.

To mleczko makowe kojarzy nawet Łucja, bo w Grze o Tron jest o nim mowa, gdy maestro amputuje rękę Jamiego Lanistera. A odparowane takiego płynu daje właśnie opium… Na Kaukazie (pisał chyba o tym chyba Hugo Bader) puszczają konie na pola makowe. One tratują wszystko, a potem sczesuje się ich sierść z pyłu, który na nich osiadł. Następni TOWAR leci w świat.

 

I dobrze się dziś biegało! Czytałam ostatnio, że nic tak nie poprawia odporności jak bieganie w deszczu, ale mi po prostu dobrze się wtedy oddycha. Zapas w płucach mam wtedy duży, nie jest mi gorąco i na metę wpadam nie zmęczona!

Fotki jak będą, to za kilka dni… Ruszam z przygotowaniami do świąt!