Gdy Rada Rodziców potrzebuje szybko podreperować budżet urządza kiermasz. Na ogół ciast. Ciasta pieką mamy, a na przerwach kupują dzieci. W dni kiermaszu sklepik szkolny jest zamknięty. Dzieci to bardzo lubią i ja też uważam, że to dobry wariant przekąskowy. W te dni nie dostają do śniadaniówek batoników, a każdy dostaje pieniążka na ciacho. We wtorek kiermasz był u dziewczyn, w środę u Mieszka (klasy 1-3 są w osobnym budynku). Lila przepytuje brata:
- Mieszko, a jakie ciastka sobie kupiłeś?
- Galaretkę i trzy pączki. Dwa złote mi zostały.
- Cooo?? ILE TY mu pieniędzy dałaś??!
- Tyle co Wam. Po pięć złotych. To pewnie były takie mini pączki.
- U nas galaretka kosztuje dwa złote, a jak z bitą śmietaną to 2,50. Mieszko jak duża była Twoja galaretka?
- Taka.
- To mała. Ale i tak BOLI.
🙂
<><>
Widziałam uroczą parę w Stonce. Buszowali w akcesoriach Halloweenowych, bo ona chciała by w ponczu unosiły się plastikowe dynie. 🙂 Włączyłam się do ich burzy mózgów i w końcu wzięli fluo-kościotrupy 🙂 Wieje i dmucha dalej, ale za kilka dni ma być LEPIEJ.
Jeszcze Wam zacytuję wypowiedź Liliany. Poszła na pianino i nie wzięła nut. Wchodzi do Norberta (uwielbiam pozytywność i elastyczność tego gościa) i mówi:
- Dzisiaj jestem tylko z torebką.
- Damy sobie radę.
